niedziela, 29 grudnia 2013

SNY, WIZJE I DOŚWIADCZENIA KOLEJNYCH ETAPÓW TRANSFORMACJI ŚWIADOMOŚCI I ENERGII

Nie miałam wcześniej możliwości, by opisać i podzielić się swoimi ostatnimi doświadczeniami. Teraz już mogę.

Kolejna transformacja, która rozpoczęła się około 16. listopada z pierwszym punktem kulminacyjnym 17. grudnia i kolejnym w nocy z 21. na 22. grudnia... (podobnie jak rok temu, ale o jeden dzień wcześniej). I będzie dalej wybrzmiewać aż do 24. marca. Potem przejawią się kolejne znaczne zmiany…



Pisałam niedawno...

z 10. na 11. grudnia:
w nocy wydawałam z siebie jeszcze inne, nowe dźwięki, które rozwibrowywały moje ciało. Czułam jak potrzebowało ono tych dźwięków, by ból, który pojawił się w ciele miesiąc temu, mógł teraz zostać "uleczony"… Dziś fizycznie czuję się lepiej, ale wiem, że mam nadal rozwibrowywać tymi dźwiękami ciało.

Noc z 11. na 12. grudnia:

Ta misterna tkanina ze skomplikowanymi wzorkami jest ukryta przed nami samymi, ponieważ potrzeba ogromnej odwagi, by dowiedzieć się prawdy o sobie. I uczciwości wobec siebie samych. Gdy docieramy do tego punktu, wtedy przekonania i iluzje na własny temat rozsypują się z wielkim hukiem. Jednak strach przed obnażeniem i spojrzeniem na siebie prawdziwych jest taki sam albo i dużo większy niż lęk przed śmiercią ego czyli tego, z czym każde indywidualne ja się utożsamia.

Noc z 12. na 13. grudnia:

I coś więcej mi się przypomniało i dzięki temu coś więcej zrozumiałam… w każdym razie zrozumiałam także, że przyzwalam sama sobie na odczuwanie na przykład bólu, smutku, tych dziwnych energii 'agresji' … i spokoju… z pewnego powodu...


W nocy z 16. na 17. grudnia
Świadome śnienie. Całkowite zrozumienie dla działań innych. Rozwiązanie ostatnich supłów na energetycznych nitkach połączeń Kwiatu Życia i całkowitego puszczenia jakichkolwiek ocen wobec tego, co "złe" wobec "mnie" jako kobiety zrobili kiedykolwiek mężczyźni i ja jako kobieta wobec mężczyzn. Obudziłam się z ogromną radością wybaczenia sobie i im.
Uzdrowienie, uwolnienie wszystkich relacji kobieco-męskich na wszystkich poziomach. Cudowne śnienie. Byłam w świecie całkowitego wybaczenia we mnie i całkowicie innych relacji z ludźmi.

Te wszystkie słowa opisujące kolejne moje "wewnętrzne" doświadczenia pisałam niedawno... No i po kilkunastu dniach dniach doświadczyłam owego "głębokiego zrozumienia " zapisów historii" ludzkości na podstawowych poziomach" w nieco inny sposób. W czasie medytacji - wejścia wewnątrz siebie... 
w nocy z 21. na 22. grudnia 
przeżyłam głębokie, trudne, ale i piękne doświadczenie...

1) Poczułam wibracje serca. Skupiłam się na nich... i rozpoznałam wewnętrzną intencję duszy: jestem w służbie… Jedni. Miałam utrzymywać tę rozpoznaną, przypomnianą intencję, mimo całego zalewu myśli, które przepływały przez mój umysł; Jest ich zawsze pełno wokół,  wszędzie, ale tym razem odczuwałam je bardziej intensywnie… Mój umysł wyłapywał tylko te myśli, które jeszcze w jakiś sposób rezonowaly z wibracjami i emocjami zapisanymi w moim ciele jako gęstki-węzełki. Gdy te supełki rozwiązywałam, myśli znikały… gdy znów pojawiały się, wibracje w ciele świadomie "u-elastyczniałam" rozwibrowując te węzełki, rozpuszczając ich "twardość"… rozwiązując supły.  I utrzymywałam tylko te myśli, które przejawiały się poprzez serce - coś jak intencje mojej duszy

Mam ufać, całkowicie ufać w wewnętrzne prowadzenie duszy, w to, co czuję w sercu i w ciele. Wszystko, co robię jest doskonałe, nawet jeśli jest to trudne dla mnie i dla innych z jakichś powodów. Mam w pełni akceptować to, co się przeze mnie przejawia bez względu na to, jak to oceniają i odbierają inni. Mam ufać nawet, gdyby mnie wszyscy odrzucili. To wszystko już wcześniej wiedziałam, - to była wiedza i informacje, które już do mnie docierały, ale teraz bardziej świadomie dokonywałam jeszcze głębszych zmian w polu energetyczno-fizycznym mojego ciała. To było coś, jak kolejne "umieranie", konieczne do przetransformowania struktury Kwiatu Życia, a latające wokół i przeze mnie myśli próbowały zatrzymać ten proces. W pewnym momencie czułam jak moje ciało wibruje różnymi częstotliwościami - różnymi emocjami i próbuje je ze sobą harmonizować. Trwało to długo i nie było łatwe. 

Gdy ciało uspokoiło się, wypełniło mnie uczucie miłości; w sercu i całym ciele... i wy-promieniowywało tę miłość... Wydawałam z siebie nowe, dziwne dźwięki  których uczyłam się przez ostatni rok, a może i dłużej… do których przygotowywałam moje ciało. Śpiewałam cichutko czując ogromną potrzebę wydawania tych dźwięków serca i odczuwania ich wibracji; wibracji, która harmonizuje w ciele te wszystkie, czasem bardzo różne od siebie częstotliwości kosmiczne. Doświadczałam także bycia świadomą i mocno osadzoną w tu i teraz. Było to intensywne i potrzebowałam odpocząć. Moje ciało uspokoiło się na pewien czas, chociaż wiedziałam, że ten proces będzie toczył się dalej, że to nie koniec.

2)
Powoli wokół mnie pojawiła się nowa energia i wnikała w moje ciało. Czułam, jakbym zbierała na swoje ciało cały ból, jaki doznała ludzkość (?) w całej historii w tym świecie albo jaki jest u podstaw "struktury" i/lub "natury tego świata... Zwracając się do Bogini Matki, która stworzyła Ziemię czułam, że oddaję jej, przekazuję energię tego całego bólu, który przepływał przez moje ciało. W jakiejś mierze był to ból, ktory wypływał z innych ludzi, ale był także moim bólem. Jakbym w ten sposób "uwalniała" siebie w innych i innych w sobie. (W tym momencie powróciło przypomnienie o 13. Matce Klanowej, która odebrała od swoich 12. Sióstr ich wszystkie doświadczenia, jakich kiedykolwiek doznały.) Były to uczucia i emocje o bardzo zróżnicowanym zakresie częstotliwości, jednak dominującym był ból. I to nie tyle fizyczny, nawet bardziej taki mentalno-psychiczny. 

Przyjmując te doświadczenia odczuwałam coraz mocniejsze wibracje w ciele... te, które moglibyśmy określić jako piękne i cudowne, ale przede wszystkim także te bardzo trudne i związane z ogromnym bólem i cierpieniem. Przyjmowałam te wibracje w siebie z intencją przesyłania i oddawania ich Matce Ziemi - tej, która stworzyła Ziemię. Cały czas śpiewałam, raz ciszej, raz głośniej… wydawałam z siebie dzwięki serca. Czułam potrzebę, by z serca i poprzez serce dzwięki te "uzdrawiały", uwalniały i harmonizowały moje ciało rozwibrowane tak ogromnie zróżnicowanymi częstotliwościami różnych doświadczeń moich sióstr... i braci na Ziemi. Tych wszystkich doświadczeń, które stworzyła Matka Ziemi. I znów na chwilę ciało się uspokoiło, gdy energie zostały przesłane bogini Matce. Znów wiedziałam, że to nie koniec, że czeka mnie coś jeszcze - dalszy etap… Spokojnie oddychałam i czułam swoje serce, jak promieniuje z niego energia i wypełnia moje ciało na jego wszystkich poziomach.

3)
Znów intensywniej poczułam swój lotos serca, który pragnął wydawać dzwięki najczystszej, wszechogarniającej miłości. Zaczęłam śpiewać. Śpiewałam po kolei różne pieśni, takie których kiedyś się nauczyłam, takie które do mnie kiedyś przyszły ("z kosmosu" mojego wnętrza). Przyjmowałam te wibracje wszechogarniającej miłości, by mogły być wyśpiewane przez moją duszę, poprzez moje serce i ciało, dla uzdowienia mnie samej w innych i innych we mnie… i naszego łączenia się w Jedno lub w Jednym... I nagle znów poczułam ogromne poruszenie w moim ciele na wszystkich jego poziomach. Tym razem... cały ból, całe tak zwane zło czy cierpienie zaczęłam przyjmować w siebie jako... matka, która je stworzyła. Pamiętałam w tym momencie, że jestem w służbie Jedni, że moje ciało ofiarowałam do uwolnienia w sobie tych wszystkich wzorców, które je powodowały. 

Moje ciało wibrowało... Trzymałam się dłonią za twarz i poruszałam szczęką jakbym masowała zastałe w niej struktury, które blokowały przepływ pewnych energii w moim ciele... W tym momencie pojawił się jakby znikąd i podszedł do mnie J. Chciał mi pomóc. Wiedziałam, że wydawało mu się, że zbyt cierpię, dlatego delikatnie dotknął moich dłoni, aby zatrzymać to, co się ze mną działo. Wiedziałam, że robi to z miłości, ale jednocześnie wiedziałam, że on nie rozumie wszystkiego, co się ze mną dzieje. I przypomniała mi się przypowieść o człowieku i motylu w kokonie:

Gdy człowiek zobaczył motyla w kokonie, wydawało mu się, że on cierpi i postanowił mu pomóc wydostać się z kokonu. Delikatnie rozerwał kokon. Mimo to motyl nie wylatywał. Wtedy człowiek zwrócił się do motyla:
- Dlaczego nie wychodzisz z kokona? Spójrz, możesz już wylecieć.
- Widzisz, moje skrzydła jeszcze nie wykształtowały się całkowicie. - powiedział motyl. - Potrzebują substancji, która zawarta jest w kokonie. Potrzebują nasycić się nią, by mogły się rozwinąć i bym mógł stać się motylem.

Ale ponieważ czułam miłość do J. i wdzięczność... nawet za to, że nie rozumiał, co się ze mną dzieje w tej chwili, dlatego pozwoliłam mu "pomóc" sobie. Przytuliłam się do J. Na chwilę uspokoiłam się i poczułam, że on także się uspokoił. Wtedy mnie zostawił samą. Gdy J. znikł, cofnęłam się do momentu przed - zanim podszedł do mnie. Najpierw potrzebowałam na powrót "skleić rozerwany kokon"



Moja świadomość znów ekspandowała i zaczęłam przyjmować w siebie energie bólu i cierpienia, które kiedyś stworzyłam starając się roztopić w moim sercu to, co byłam w stanie. Teraz pojawił się w moim sercu dźwięk, który pomagał mi zaabsorbować te częstotliwości w sobie i harmonizować w sobie tę ogromną różnorodność częstotliwości kosmiczno-ziemskich energii. Przyjęłam całkowitą odpowiedzialność za to, co "stworzyłam" czy raczej za to co przejawiało się w tym świecie. Tak... przyjmuję wszystko... Kiedyś wierzyłam, że właśnie to i jedynie to jest prawdziwe. A to była iluzja.

Nie znaczy to, że jestem tą boginią, która stworzyła wszystko, ale na jakimś poziomie poszerzonej świadomości nią TAKŻE JESTEM.

Powoli dochodziłam "do siebie". Ciało było tak rozwibrowane, że potrzebowałam czasu, by się na powrót całkowicie scaliło i zharmonizowało...

Miałam w sobie niesamowity wręcz spokój, pokój. Byłam miłością i zrozumieniem. Czułam wdzięczność za to, co się wydarzyło. I ufność w wewnętrze prowadzenie duszy...

Pamiętam różne swoje dotychczasowe doświadczenia z medytacji - wglądów w siebie. Kiedyś poczułam współodpowiedzialność za to, co tworzyłam wraz z innymi (to było prostsze). Łączyłam się kiedyś ze świadomością matki odrzuconej przez swoje dzieci, matki zabijającej z rozpaczy swoje dzieci, dzieci zabijających swoją matkę, łączyłam się ze świadomością Matki Galaktyki, która rodzi i pochłania gwiazdy, mgławice i wszelkich jej 'potomków'. Tamto doświadczenie było bardziej odczuwane na poziomie energetycznych transformacji, procesów tworzena i anihilacji, narodzin i umierania... A teraz połączyłam się ze świadomością matki przyjmując całkowitą odpowiedzialność za to, co stworzyła. Choć przecież w tym życiu nie mam swoich "własnych" (biologicznie) dzieci i nie stworzyłam w tym życiu wszystkiego...

Jestem w służbie Jedni i mam robić to, co robię w pełnym zaufaniu do wewnętrznego prowadzenia. Czułam i jestem świadoma, że niektórzy ludzie mogą tego nie rozumieć; że mogą oceniać mnie i moje działania na różne sposoby. Lecz mam pozostać w całkowitej ufności w wewnętrzne prowadzenie duszy. Poczułam niemal fizycznie połączenie ze wszystkimi ludźmi oraz ze wszystkim, co istnieje na Ziemi... znów poczułam wszechogarniającą miłość, spokój i harmonię. I ogromną wdzięczność. Ufam, ufam, ufam... że wszystkie moje działania i nie-działania są dokładnie takie, jakie mają być; w służbie poszerzania świadomości, abyśmy mogli powrócić w harmonii do świadomości Jedni - ci wszyscy, którzy są na to gotowi.

jestem Kwiatem Życia, który jest żywy i zmienny… który właśnie ulega wielkiej transformacji…

I odczułam w sobie ogromną zmianę... jakkolwiek, ktokolwiek może to rozumieć... Teraz mogę istnieć, działać i nie-działać już zupełnie inaczej, jak dotychczas.

Prowadzą mnie nasi Przodkowie - my sami z innych światów czy wymiarowości, z Przeszłości i Przyszłości. Moje życie jest procesem... zmiennym, raz bardziej, raz mniej dynamicznym... samopoznania

Mogłam przejść przez to doświadczenie, ponieważ wcześniej zharmonizowałam w sobie żeńskie i męskie wibracje. I spotkałam mężczyznę o wielkim szacunku do energii żeńskiej i Bogini Pra-Matki.  Czułam w tej wizji jego wsparcie i jednocześnie czułam szacunek dla męskiej energii w sobie i tej, która przejawia się przez tych mężczyzn, którzy rozumieją, ale także tych, którzy nie rozumieją albo mają trudności w zaakceptowaniu i przyjęciu mnie takiej, jaka jestem. 


Dziękuję, dziękuję, dziękuję… Wszystko, czego doświadczam jest doskonałe... tu i teraz.

I jeszcze stare zapiski z lipca 2012 roku:


I tak się dzieje. Powoli, ale konsekwentnie, coraz uczciwiej wobec samej siebie, coraz bardziej odpowiedzialnie i z coraz większą ufnością podążam za wewnętrznym prowadzeniem mojej duszy; z szacunkiem i uważnością dla różnych nauczycieli, których spotykam na swojej drodze. Zawsze przychodzą tacy, jacy są na danym etapie potrzebni. (Pamiętam, że wszyscy możemy być dla siebie nauczycielami i uczniami jednocześnie).

Umowa mojej duszy...
Nauczyć się własnej samo-wartości, samo-szacunku... do siebie w sobie i do siebie w innych...
Nauczyć się ufności w to, w jaki sposób się przejawiam, bez względu na to, co myślą o mnie i jak postrzegają mnie inni; na powrót nauczyć się całkowitej ufności w prowadzenie mojej duszy... w służbie Jedni. (Jestem przewodniczką do Piątego Świata (?), jakkolwiek ktokolwiek może to rozumieć...)

Dlatego któregoś dnia przypomniała mi się "moja szmaragdowa tabliczka" i Kwiat Lotosu... i inne, różne "imiona"... Wiele różnych informacji spływało i nadal spływa do mnie, by mogło przejawić się to, co potrzebne w mojej podróży oraz bym mogła swoim doświadczeniem dzielić się z innymi... odzyskując pełnię i radość istnienia... w służbie Jedni, Całości.

Łączyłam się już kiedyś także ze świadomością Gwiazdy, stawałam się na przemian Ziemią i Gwiazdą, i przestrzenią, z której mgławice, gwiazdy i planety powstały i... w której znikały

Przypomnienie sprzed roku:
PRA-Bogini, PRA-Matka tym razem nikogo nie będzie niszczyła. Zresztą tak, jak nigdy wcześniej nikogo nie niszczyła. Każdy po prostu dostanie to, co dla ewolucji i rozwoju jego lub jej duszy oraz świadomości JEST POTRZEBNE.

O Piątym Świecie:

Wśród obecnie żyjących, jest wiele takich dusz, które kiedyś "przybyły" na Ziemię z tego z Piątego Świata - poziomu (pięciowymiarowego), ale na jakiś czas znowu tu utknęły, ponieważ jeszcze niektóre ich wibracyjne częstotliwości "skleiły się" z wzorcami matrycowymi tego świata. Dali się złapać jak mucha w sieć pajęczą. Ale część z nich już sobie przypomniała, część właśnie przypomina, a jeszcze inna część wkrótce sobie o tym przypomni, dlaczego tutaj są. Wtedy więzy się rozlużniają... I można zacząć swobodnie poruszać się po nitkach (jak pająki) - to pierwszy etap. Kolejny etap - możemy stać się jak motyle, które przelatyją pomiędzy pajęczynami i przysiadają na nich na chwilę… Inni także przygotowują się lub gotowi są albo gotowi wkrótce będą do przyjęcia w siebie nowych wibracji  i przejścia do Piątego Świata Harmonii...



Czuję, że jestem Kwiatem Życia, który jest żywy i zmienny… który właśnie ulega wielkiej transformacji… jak 13. Matka Klanowa… O 13. Matce Klanowej:

“(…) Moje Ja, teraz jestes gotowa, aby stac sie prawdą. Wszystkie Twoje siostry są innymi odbiciami ciebie samej. Wypelnione dymem zludzenie, że jestes oddzielona, teraz zostalo rozbite. Spojrz do wewnatrz Twojej istoty i podziel się ze mna tym, co widzisz, uznając fakt, ze wszystkie jestesmy jednym. Stająca się Swoją Wizją zobaczyla, że kokon, w ktory byla zawinieta, zaczyna sie otwierac wewnatrz przepastnej Wewnetrznej Ziemi. To wszystko dzialo sie wenatrz niej. Z oszolomieniem patrzyla, jak z kokonu wylania sie motyl o ciele z przejrzystych jak krysztal swietlanych nici. W kazdej pozycji, która przyjmował motyl, Stająca się Swoją Wizją widziala wszystkie kolory, czula obecnosc wszystkich form zycia, slyszala, jak harmonizują się wszystkie rytmy zycia. Motyl stulil skrzydla, a nastepnie rozpostarl je, odslaniajac Krysztalowa Czaszke. Trzynascie razy Motyl otwieral i zamykal skrzydla, rodzac Krysztalowe Czaszki Trzynastu Klanowych Matek.

Wizja zmienila sie i Stająca się Swoją Wizją zobaczyla, jak Motyl przeobraza sie w postac pieknej, lsniacej kobiety. Powoli promieniejaca forma wciagnela ją do swojego wnetrza i z nastepnym uderzeniem serca Klanowa Matka znalazla sie wewnatrz polyskujacego ciala, zrobionego ze swiatla, i patrzyla na swoje rece, ktore zaczely zamieniac sie w ludzkie cialo. Wrazenie fizycznosci bylo upojne, kiedy jej cialo stalo sie kompletne, mieszczac w sobie cala wiedze, uczucia i serce bijace wszechogarniajaca miloscia. Dawny kokon rozszerzyl sie w bezmierną przestrzen obejmujac niebo i ziemie. Otwierajacy kokon byl utkany z Orendy Stającej się Swoją Wizją. Jej Duchowa Esencja nadal rosla poza przestrzen jej ludzkiej wizji łącząc ją ze wszystkimi swiatami, ktore istnieją wewnatrz Wielkiej Tajemnicy.



Jamie Sams




Trzynaście cykli powoli dobiega końca…

Dodam jeszcze, że symbolami dla tej Klanowej Matki jest Zamglone Lustro oraz Pierzasty Smok lub ogromna jaszczurka o skrzydłach kondora i ognistych oczach (“przypominających dwa ogniste Słońca”).

Błogosławię Pustkę,
Błogosławię Pełnię
Wielką Tajemnicę
i Wszystko i Wszędzie…



Ach i jeszcze coś…  Jaskinia… Lustrzana Jaskinia?
Od kilku miesięcy (od sierpnia) "chodzi za mną" albo "woła mnie" kolejne miejsce… Jaskinia... I wiem, że wkrótce tam się wybiorę. Kiedyś "zawołała mnie" Góra Ślęża - poczułam to w sobie, poprzez wewnętrzny głos. I podążyłam za tym głosem  Potem jeszcze dwie inne góry. W nocy z 25. na 26. grudnia cztery góry połączyłamw sobie poprzez serce ze sobą. (Podobnie jak dwie komety...). A teraz wiem, że wkrótce... może jeszce w tym roku, odwiedzę pewną jaskinię... I połączy się ona przeze mnie z inną jaskinią… a może z wieloma innymi jaskiniami?



Obecna transformacja będzie kontynuowana do 14. stycznia 2014. I będzie dalej wybrzmiewać aż do 24. marca. Tyle wiem :-) Potem te wszystkie zachodzące teraz zmiany zaczną się w pełni przejawiać… Wejście do Jaskini to będzie dla mnie kolejny etap. Nastąpi ono w maju...

Podobna wizja sprzed roku w nocy z 22. na 23. grudnia 2013: http://tonalinagual-sny.blogspot.com/2012/12/ceremonie-spiewajacych-krysztaowych.html

p.s. 
Czuję, że mogę już o tym napisać… Góra Ślęża była czymś w rodzaju "grobu" Bogini. Ale to nie jest grób, bo ona ŻYJE… ;-)