Dzien dobry Tomku. Czasem pojawiasz sie w moich myslach, i wtedy troche tęsknie za Toba, za serdeczna relacja miedzy nami, za twoja obecnoscia.
Zawsze odkad Cie poznalam, czulam, ze potrzebowales wsparcia. I oddalam sie naszej relacji tak, jak moglam, jak umialam. Zrezygnowalam z wielu aktywnosci i dzialan. Bo tez prosiles mnie o to żebym zrezygnowała z ceremonii. Skupiłam się na naszej relacji, wierzylam, ze milosc ma moc uzdrawiania. Miłość postrzegalam jako przyjaźń, oddanie, wierność, czuła uważność i szczera uczciwość. Taka milosc dojrzewala we mnie w naszej relacji.
W trakcie całej naszej relacji zmienialam sie, nadal wiele wczesniejszych przekonan rozpuszczalo sie, ale Ty jakbys tego nie dostrzegal. Np. nie bylam przeciwna lekom, ktore brałes, ale Ty myslales, ze uwazam, ze nie powinienes brac leków. Mialam odczucie, ze masz o mnie nieprawdziwe wyobrazenia, że nie widzisz mnie, nie dostrzegasz, ze sie zmienilam. I nawet, jak mowilam Ci, ze juz dawno tak nie mysle, Ty temu nie wierzyles.
I gdy coraz bardziej zamykales sie w sobie, oddalales ode mnie, zaczelam zapadac sie w sobie, tracic wiare w to, że milosc uzdrawia. Mimo że czulam milosc do Ciebie, to z jakiegos powodu nie mogla byc ona odwzajemniona przez Ciebie. I działo sie wrecz odwrotnie - mialam odczucie, ze budujesz coraz grubszy "mur"ze swoich falszywych wyobrazen o mnie. Dziwilo mnie gdy mowiles, ze kochasz matke, ale nie mogles tego powiedziec o mnie, bo tego nie czules. Nie rozumialam, dlaczego potrafisz czuć milosc do matki, a nie mozesz poczuc milosci do mnie. Chociaz zdarzylo sie kilka razy, ze powiedziales mi, ze mnie kochasz, bo tak poczules...
A jednak moja milosc do Ciebie nie slabla mimo ze czasem trudno mi bylo z twoimi roznymi stanami napiec. Gdy widzialam, ze sie stabilizujesz, rozwijasz, wtedy czulam radosc i wdziecznosc, że duza zmiana nastąpila i nawet mogles pojsc do pracy, "wracałeś do świata". I zaczales dawac sobie rade z wieloma sytuacjami. Wtedy myslalam, że jednak miłosc uzdrawia...
Wydawalo mi sie, ze w domu masz duzo przestrzeni dla siebie. Myslalam, ze podarowalam Ci i dzielilam sie z Toba serdeczną, spokojna, czulą, kochająca i piekna przestrzenia. I cieszylam sie, gdy widzialam, ze potrafimy o nia dbac razem. Nawet gdy pojawialy sie jakies "zgrzyty" czy spiecia miedzy nami, potrafilismy sobie z nimi radzic. Gdy bylo zbyt ciezko, bo zakrecales sie w swoich lękach i napięciach, wyjezdzalam, zeby pobyc sama, zregenerowac sie. A gdy wracalam, znow bylo dobrze i harmonijnie miedzy nami. Ale potem cos zaczelo sie zmieniac -zwłaszcza odd czasu gdy twoja przyjazn i bliskosc z Alkiem zaczela rozwijac sie coraz bardziej.
Widziałam i czulam, że zacząles coraz czesciej widziec mnie i postrzegac nie swoim sercem, nie dusza, ale oczami i umyslem Alka (jakby przez filtr jego opinii, projekcji i wyobrazen o mnie). On mnie nie lubil - sam to mowiles - twierdził, że byłam wspołodpowiedzialna (chociaż nie byłam, bo nie ponosiłam odpowiedzialności za twoją chorobe); że mogłam Cię powstrzymać przed tym, co zrobiłeś w dniu "ataku" (a nie mogłam, bo nie miałam takiej fizycznej siły); że od początku widział przy mnie jakieś "ciemne energie", chociaż nikt inny tak mnie nie widział. A Tyzacząłeś postrzegać mnie tak samo. Moze myle sie, ale tak to wyglądalo z mojej perspektywy i tak to odczuwalam.
Wiem, ze taka sytuacja dla Ciebie nie byla łatwa. Trudno bylo Ci byc ze mna w relacji i w przyjazni z Alkiem, który mnie nie lubił. Chociaż mówiłeś, że czujesz wdzięczność, że w twoim życiu jest Alek i Margo, to jednak zaczales czuc, ze musisz dokonac w sobie wyboru miedzy Alkiem i Margo, i wybrales... Alka. Tak to wyglada z mojej perspektywy.
Nie dziwi mnie to. Rozumiem, bo rozne doswiadczenia są nam potrzebne do dojrzewania naszych dusz i ekspansji samo-swiadomosci. A Alek stał Ci się najbliższy. Nasza relacja związkowa straciła sens. Nie mam zalu, chociaz bylo mi z tym przez pewien czas ciezko. Przechodzilam jakby okres zaloby po utracie ukochanej i najblizszej mi osoby.
Wiem, że w sumie dobrze się stało, bo przy okazji usamodzielniles sie, bo tego potrzebowales. I dla mnie nasze rozstanie też było tez potrzebne. Bo lepiej było sie rozstac, zamiast dalej tkwic w takiej sytuacji pelnej niedomowien i napiec.
Czasem powraca do mnie pytanie: Czy kiedy poprosiles mnie o rozmowe przed wyprowadzka i powiedziales: "ja chyba cie nie kocham", to rzeczywiscie nie wiedziales czy mnie kochasz, czy po prostu uzyles slowa "chyba", zeby "za bardzo mnie nie zranic"?
I inne pytania sie wyswietlaja:
Czy kiedykolwiek nasza relacja byla dla Ciebie głęboką, intymną relacją partnersko-przyjacielską?
Czy naprawdę czymś tak Cię zraniłam, skrzywdziłam, ze "zasłużyłam na takie całkowite odrzucenie"?
Czuje, ze mimo wszystko przy mnie na tyle się wzmocniłeś, że znalazłeś dobrą pracę i mogłeś pójść dalej. Nie chodzi o to, że to była moja zasługa, ale wspierałam Cię całym sercem tak, jak umiałam i na prawdę byłam Tobie oddana...
Widze, że latwiej jest po prostu calkiem zerwac kontakt z kiedys bliska osoba, jakby nigdy nie istniala i nic nie znaczyla jej obecnosc w naszym zyciu niz szczerze rozmawiac, komunikowac sie, wyrazac nawet trudne rzeczy, nawet gdyby ta relacja mialaby ulec zmianie (np. z partnerskiej na przyjacielską).
Skad bierze się to przekonanie, ze po zakonczeniu relacji zwiazkowej przyjazn jest niemozliwa? Bo nie stac nas na wybaczenie sobie, na uczciwosc i szczerośc? Dlaczego trudno przeksztalcic relacje zwiazkowa i zmienic na przyjacielską lub kolezenska nie niszczac calkiem relacji? Dlaczego latwiej jest odrzucić kogoś, kto kiedyś był najbliższy albo bardzo bliski?
Nie wiem dlaczego, ale żadnego mężczyzny nie kochałam tak jak Ciebie. Nie wiem, dlaczego, ale niemal od samego poczatku czułam, że nasze Spotkanie jest Darem Wiekiego Ducha. Nawet przez te cztery lata, gdy byles w szpitalu, przez mysl mi nie przeszlo, by Cie odrzucic i wejsc w jakas intymna relacje zwiazkowa z innym mezczyzna. Choc byla taka sytuacja: kiedy kobiety probowaly mnie swatac z jednym mezczyzna, z ktorym swietnie sie rozumielismy. Ale nie bylam tym wogole zainteresowana, bo wiedzialam, ze to Ty jesteś moim Ukochanym, ktorego przyslal do mnie Wielki Duch. I pokochalam Cie prawdziwie. Tak było. Najwyraźniej nasze rozstanie też jest kolejnym Darem Ducha.
Jak się wyprowadziłeś, było mi przez jakiś czas trudno, przechodziłam proces podobny do żałoby. Z jednej strony wiedziałam, że tak ma być i czułam jakąś ulge, a z drugiej jednak było mi ciężko. Teraz już nie jest ciezko ani trudno. Choc chwilami czuje smutek i tesknote za twoja obecnoscia. Nie, nie marzę o relacji zwiazkowej, ale czasem mysle, ze fajnie byloby, gdybysmy mieli kontakt. Ale jest, jak jest.
Nie czuje żadnego żalu, pretensji, że sie wyprowadziles, że sie nie odzywasz i calkiem mnie usunales ze swojego zycia. Tylko czasem czuję smutek. Nie osądzam twojej decyzji, bo wiem, że to bylo potrzebne nam obojgu. I wiem, ze może to wydawać sie dziwne, ale nadal czuje milosc dla i do Ciebie, miłość, która jest serdeczna i czuła, miłość bez pożądania i bez oczekiwań.
Kiedyś, jeszcze przed zdarzeniem powiedziales: "uwierz w nas, zaufaj". Poczulam wtedy jakby to twoja dusza zwracała się do mojej, jakby te slowa dotarly do każdego atomu mojego ciała. Uwierzylam i zaufalam. Nie mam pojecia, dlaczego tak czuje, ale czasem czuję tęsknotę za serdeczną, szczerą, otwartą relację opartą na wzajemnym szacunku.
A może po prostu byles ze mna w relacji zwiazkowej, bo tak bylo Ci wygodnie, bo byla to optymalnie najlepsza sytuacja dla Ciebie na czas po wyjsciu ze szpitala? Moze po prostu nigdy mnie nie kochałeś?
Kocham Cie i na zawsze bedziesz w moim sercu, nawet jesli juz nigdy w tym życiu sie nie spotkamy. Wiem, że kiedyś rozpusci sie wszystko, co nas dzieli.. i wierzę, że istnieje taka przestrzeń, w której jesteśmy serdecznymi, szanującymi się przyjaciółmi i łączy nas prawdziwa miłość wolna od pożądania i oczekiwań.