środa, 24 lipca 2013

PEŁNIA KSIĘŻYCA 22.LIPCA 2013


Czuję...
W nocy z 22. na 23. lipca Księżyc miałam kolor jasno-miodowy. W nocy miałam sen o dwóch SŁOŃCACH, ale jedno z nich było odmienionym KSIĘŻYCEM...

TU wczoraj o PEŁNI: A dziś Piękna PEŁNIA... czuję spokój, który trudno opisać... Pełna się czuję... harmonii...

Tu notka Livii Ether o PEŁNI: 

Kilka lat temu miałam wizję o dwóch Słońcach w moim ciele - jedno małe , a drugie w brzuchu, w łonie. Miałam w brzuchu SŁOŃCE i wiedziałam, że je urodzę.


I dziś zeskanowałam dwa rysunki, które powstały po tamtej bardzo mocnej, bardzo intensywnej, także mocno odczuwalnej na poziomie fizycznym wizji:




A tu obraz Martynki, który narysowała dla mnie:



Dzień wcześniej, a właściwie noc wcześniej  z 21. na 22, lipca widziałam coś dziwnego. Żeby oglądać zachód Księżyca o świcie (około 3. nad ranem) wsiadłam do samochodu razem z Karuną i wylądowałam w jakimś dziwnym miejscu przy torach. Stamtąd świetnie było widać Księżyc. I widziałam inną niż zwykle, dziwną "twarzą" Księżyca. Okazało się, że miałam przy sobie jakąś kartkę i ołówek, więc zrobiłam szkic. Może uda mi mi się go w najbliższych dniach zeskanować, to umieszczę go tutaj.
Przedwczoraj i wczoraj było bardzo jasna noc. A jeszcze na długo przed wschodem Słońca było jasno, jak w dzień. O trzeciej rano.

------


(...) Ta boginka była cudna. W swojej formie oprócz ciała kobiety jednocześnie miała kształt dzbana i widziałam w niej też sowę. Nosiłam ją na szyi zawieszoną na rzemyku. Któregoś dnia spadła mi w pracy na podłogę i upadek spowodował odcięcie jej głowy. Nosiłam tę boginkę dalej, bo przypominała mi bezgłową Baubo. Głowę schowałam do zawiniątka i w wakacje pojechałam na “warsztat dla kobiet” z szałasem potów (sweat lodge). I wtedy poczułam, że mam symbolicznie ofiarować ogniowi swoją głowę pełną starych wzorców i przekonań i poprosić o oczyszczenie i uwolnienie od tych wszystkich wzorców myślowych i przekonań, które mi nie służą. Wrzuciłam wówczas odciętą głowę tej glinianej boginki do ognia. I od tego czasu się zaczęła transformacja i odzyskiwanie “lotosowej głowy”.  – zapis w DODANE 25.lipca – http://tonalinagual.blogspot.com/2013/07/zielone-niebieskie-i-turkusoweistoty.html



MOJA SZMARAGDOWA TABLICZKA


ODZYSKANA...




rysunek, który zrobiłam kilka lat temu, a dziś go zeskanowałam i zrobiłam na nowo - obrabiając graficznie.

W NOGACH I MIEDNICY - ŻYWIOŁ ZIEMI
W BRZUCHU - ŻYWIOŁ WODY
W SERCU - ŻYWIOŁ ETERU 
W TORSIE - ŻYWIOŁ OGNIA
W GŁOWIE - ŻYWIOŁ POWIETRZA

Spiralnie zawirowały swobodnie i połączone w JEDNO.

Ta głowa kojarzy mi się teraz trochę z kwiatem lotosu.

Trochę podobna do Zielonej Tary Matki Wyzwolenia 




margo0307 pisze:
Lipiec 24, 2013 o 6:31 am
"Piękna ta Twoja JESTEM szmaragdowa tabliczka… Nie wiem dlaczego ale w pierwszym momencie kiedy ją ujrzałam, zobaczyłam twarz niedźwiedzia… 
Później już postać kobiety w pozie medytatycyjnej… "

Dziękuję Margo, że podzieliłaś się tym, co zobaczyłaś. Dzięki Tobie zobaczyłam tego niedźwiedzia albo tę niedźwiedzicę...






Ta głowa postaci na rysunku - 'szmaragdowej tabliczce" to dla mnie kwiat lotosu o nieskończonej ilości płatków... jedne "więdną" i się dematerializują, a inne się rodzą... I tu Twoje skojarzenia trafione niesamowicie z tym "ucięciem głowy". Zamiast głowy - kwiat lotosu.

Przypomniała mi się też pewna przygoda. Dostałam kiedyś (bodajże w 2007 roku) od znajomej gliniany wizerunek boginki (chyba z Rumunii albo Węgier przywieziony). Ta boginka była cudna. W swojej formie oprócz ciała kobiety jednocześnie miała  kształt dzbana i widziałam w niej też sowę. Nosiłam ją na szyi zawieszoną na rzemyku. Któregoś dnia spadła mi w pracy na podłogę i upadek spowodował odcięcie jej głowy. Nosiłam tę boginkę dalej, bo przypominała mi bezgłową Baubo. Głowę schowałam do zawiniątka i w wakacje pojechałam na "warsztat dla kobiet" z szałasem potów (sweat lodge). I wtedy poczułam, że mam symbolicznie ofiarować ogniowi swoją głowę pełną starych wzorców i przekonań i poprosić o oczyszczenie i uwolnienie od tych wszystkich wzorców myślowych i przekonań, które mi nie służą. Wrzuciłam wówczas odciętą głowę tej glinianej boginki do ognia. I od tego czasu się zaczęła transformacja i odzyskiwanie "lotosowej głowy". 
:-)



Ciąg dalszy historii MOJEJ SZMARAGDOWEJ TABLICZKI tutaj:
http://tonalinagual.blogspot.com/2013/07/zielone-niebieskie-i-turkusoweistoty.html


wtorek, 23 lipca 2013

MYŚLI, DŹWIĘKI, SŁOWA... TO ENERGIA... BĄBLE, KWIATY, KSZTAŁTY...




Znalazłam jeszcze jeden filmik:




Pamiętasz, jak opisywałam, że przygotowywałam całe swoje ciało do wydawania całkiem nowych dźwięków? To niesamowite, jaka wiedza teraz do nas przychodzi :-D.

Ważne są także myśli, bo nie tylko dźwięki tworzą takie energetyczne "kule", ale myśli również i emocje też, o czym pisałam tutaj:

widziałam... jak człowiek myśli o kimś źle i zły na tę osobę, nieświadomie wysyła taki bąbel energetyczny emocji i myśli w kierunku tej osoby (bez względu na odległość), taki bąbel “przykleja się” do nieskończonych i cieniusieńkich jakby “niteczeki”, którymi na Ziemi (i nie tylko) wszystko jest połączone ze sobą. I leci taki bąbel w przestrzeń…
 Widziałam wielu ludzi w ten sposób działających i zrozumiałam ten mechanizm wzajemnego oddziaływania na poziomach energetycznych ludzi. A potem... do takich ktosiów wysyłających do innych te "trudne" energie, wracają one jak bumerang...

I tu jeszcze jeden film o tym, że dźwięki to nie tyle fale, jak do tej pory uważają fizycy, lecz "kule":
Przesłano 10 maj 2007
"John Stuart Reid delivers an entertaining and informative speech on the true shape of sound. This is an excerpt from his talk at the 2006 International Sound Healing Conference in Santa Fe."




No i przypomniały mi się moje "Grawitory" ;-)

ciekawy link znalazłam: http://www.cheops.darmowefora.pl/index.php?topic=272.250

U Livii Ether znalazłam ciekawy cytat:
Ciekawe, bardzo ciekawe… dzieliłam się tym, co do mnie przyszło o Arce i pisałam:






Livia Ether:

Dokładnie tak kochana Liviu Ether… Żywy… a więc i ZMIENNY. Rozumiem bo jakiś czas temu nagle olśniło mnie…


Ten żywy Tzolkin… Są w “niego” wpisane wpływy energetyczne… różnych miejsc w kosmosie, różnych, kompletnie różnych form energetycznych i fizycznych żyjących, istniejących w różnych zakątkach…
13 tonów galaktycznych to nic innego, jak wzorce z 13 Galaktyk. Jasne.
Każda z nich ma inny zapis dźwiękowo-wzorkowy jak sekwencje np. tej Gwiazdy:



Z całego serca polecam ten film, jeśli ktoś jeszcze nie widział:



I jego dalsze części.


WSZECHŚWIAT JEST ŻYWĄ ISTOTĄ.


A tu jest cały zbiór filmików związanych tematem dźwięków i kształtów, które tworzą, cymatics:

sobota, 13 lipca 2013

O OCENIAJĄCYCH MYŚLACH, UŻALANIU SIĘ NAD SOBĄ, OBWINIANIU INNYCH I NIE TYLKO...

Zapiski moje z 26.czerwca 2013

Pamiętam, ile kiedyś we mnie było bólu i żalu do innych… ile rozpaczy i cierpienia… Tak, wtedy często narzekałam i użalałam się nad sobą, i obwiniałam wciąż innych…
 Nie zdawałam sobie sprawy, że to może być "uciążliwe" dla innych. Że działałam nieświadomie według wzorców utrzymujących mnie w “roli” ofiary, a jednocześnie raniłam innych czyli byłam też "katem". Jednak któregoś dnia także z tego zdałam sobie sprawę – zrozumiałam i przestałam się nad sobą użalać (chociaż nie tak od razu). Bo kiedyś wreszcie usłyszałam samą siebie i… nie mogłam już słuchać “takiej” samej siebie działającej, żyjącej i grającej rolę ofiary, która przy okazji nieświadomie raniła innych. Zobaczyłam samą siebie i mnie zatkało z zadziwienia, kim jestem i co robię?! Wtedy nastąpiły najpierw małe, potem większe, a teraz, z perspektywy czasu widzę, że ogromne zmiany…
Oczywiście to był cały długi proces. Rozpoznałam, że zaczął się wtedy (dla mnie) proces “poszerzenia świadomości” 
Teraz jestem zachwycona, jak bardzo możemy się zmieniać. Teraz dopiero czuję zrozumienie i miłość do tych, którzy jeszcze użalają się nad sobą i obwiniają o całe “zło” innych.
 Teraz wiem, że kiedy podejmujemy decyzje o zmianie naszych wzorców zachowań, zaczynają się prawdziwe zmiany, a czasem nawet zaczynają się dziać “cuda”. Potem te “cuda” stają się “normalną rzeczywistością” albo rzeczywistość staje się cudem. Da mnie na tym polega istota transformacji, ewolucji świadomości. 

Jakiś czas temu miałam zaskakujące przypomnienie i wczoraj także powróciło: 







Oto przykład jednego z moich bardzo dziwnych doświadczeń sprzed kilku lat:

To zdarzyło się w Czechach…



Piękne miejsce, ośrodek z dala od wsi, blisko lasu przeznaczony dla różnych działań i warsztatów tzw. Rozwoju Osobistego… dom z ekologicznym ogrodem… I przeżyłam tam coś niesamowitego.

Pierwszy dzień po przyjeździe... Nie wiedziałam, co się dzieje… nagle poczułam, że w moje ciało, na wszystkich jego poziomach wchodzi taka energia, która mnie zaczęła rozsadzać. Przechodziły przeze mnie takie dźwięki i wibracje, jak z jakiejś wielkiej rzeźni, której nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić. Zaczęłam trząść się cała. Moje ciało wibrowało i trzęsło się kilka godzin. Wiedziałam i czułam coś… dziwnego dla mnie, jakby ziemia, na której się znalazłam wyrzucała z siebie tony cierpienia, bólu, które przechodziły przeze mnie. Ale jakby wewnętrznym słyszeniem albo widzeniem usłyszałam lub zobaczyłam, że ta energia, która przechodzi przeze mnie, ma być przeze mnie transformowana. Więc “mantrowałam” intencję uwolnienia tego niesamowitego cierpienia i wybaczenia wszystkiego, co spowodowało to cierpienie, mantrowałam uwolnienie tej ziemi i tych energii, które przeze mnie przepływały. W pewnym momencie nie mogłam pozostać w domu i “wywaliło mnie na zewnątrz”.

Choć była już noc, kilka osób siedziało przy ognisku. Nie było to jednak w tym momencie istotne, czy ktoś jest obok mnie, czy nie. Stanęłam twarzą do ognia i trzęsłam się dalej. W pewnym momencie uklękłam na ziemi i wtuliłam w nią swoją swoją twarz. Poczułam jej zapach. Zaczęłam go wciągać w siebie. Starałam się swoją świadomość utrzymać w swoim sercu i modliłam się o wybaczenie i uwolnienie tego wszystkiego, co odczuwałam, modliłam się o przetworzenie w sobie tych wibracji w Miłość. Zaczęłam wówczas wydawać z siebie bardzo dziwne dźwięki i trwało to także dosyć długo. te dziwne dźwięki bardzo powoli zaczęły zamieniać się w inne dźwięki, a później w coś jakby “pieśń” Miłości. Śpiewałam o miłości do Ziemi, o miłości płynącej z jej serca, jej ciała, o miłości do kamieni, piasków, minerałów, roślin, zwierząt itd… Aż wreszcie zwróciłam się do gwiazd i Matki Galaktyki. I śpiewałam pieśń Drogi Mlecznej, która wypływała ze mnie jak strumień dźwięków łączących moje serce i ciało z sercem i ciałem Ziemi, z Ziemią, z gwiazdami i z całą Galaktyką.

To, co wcześniej czułam w ciele jako energetyczne wstrząsy zaczęło się powoli uspokajać, harmonizować. Nadal czułam rozwibrowanie, ale już całkiem inne. Kiedy zaczęło świtać, zaczęłam czuć w swoim ciele coraz większe ukojenie i spokój.

Potem siedziałam jeszcze długo przy ognisku. Razem ze mną, obok mnie, siedział Dawid. Już po wschodzie Słońca spojrzeliśmy na siebie. Uśmiechnęłam się do niego. I zaczęliśmy bardzo cichą, spokojną rozmowę. Zapytał mnie, czy chcę mu powiedzieć, co to było, co się ze mną działo? Opowiedziałam. Wskazałam też dłonią na budynki, które widzieliśmy w dali, że to jakby stamtąd, z tamtego kierunku płynęła do mnie “najcięższa” wibracja. Zapytałam, czy tam ktoś mieszka? Wtedy Dawid powiedział:

- Nie. Nikt tam nie mieszka. To są opustoszałe budynki. Tam kiedyś było gospodarstwo państwowe. A w tych budynkach były kiedyś rzeźnie.
Położyłam się plackiem na ziemi, twarzą w trawie i tak leżałam jeszcze przez jakiś czas. Aż poczułam, że mogę wstać, pójść do środka domu. Wróciłam tam na swoje miejsce i zasnęłam.

Wówczas jeszcze nie bardzo byłam świadoma tego, co się stało ze mną. Powoli przyjmowałam takie doświadczenia i rozpoznawałam, czym one są i dlaczego  ich doświadczam:


Jestem tu po to, by uzdrawiać i uwolnić siebie... siebie w innych i innych w sobie...

Teraz dzieją się wprost niesamowite rzeczy. Czuję tę intensywność już od jakiegoś czasu.
Czasem przyjmuję w siebie “ogromne dawki tzw. negatywnej energii”, ponieważ jestem świadoma, że wraca do mnie to, co kiedyś, dawno, bardzo dawno temu "stworzyłam". I transformuję to w sobie, harmonizuję i wypełniam Miłością (tą wszechogarniającą ;-D). Czasem jest trudno, ale daję sobie radę. ;-)



Zapiski z 8.lipca 2013

Są tacy, którzy nieświadomie żyją i działają w zakłamaniu. Są tacy, którzy kłamią świadomie, ale mam takie odczucie, że tych jest dużo mniej niż tych nieświadomych. Być może dlatego kiedyś przypomniałam sobie, jak istotna różnica jest pomiędzy wiedzą (“oj, wiemy, wiemy”) a świadomością (działania wtedy są zgodnie z tym, co mówimy, co uznajemy za istotną wiedzę). Jest mnóstwo “uduchowionych ludzi”, którzy mają odpowiednią wiedzę, by mogli zacząć współtworzyć świat harmonii, świat pokojowych rozwiązań, ale jak widać sama wiedza ani deklaracje nie wystarczają… wiele z nas używa często słowa Miłość nie mając pojęcia, co to słowo naprawdę znaczy.

O Miłości pisałam choćby TUTAJ: MIŁOŚĆ, NIENAWIŚĆ I UWIELBIENIE - link.

oraz tutaj:

ŚNIENIE, WSPÓŁTWORZENIE I MIŁOŚĆ-link


Wszyscy mamy różne trudne “lekcje”. Na przykład kiedyś bardzo bliska mi osoba (nadal mam ją w sercu) twierdzi, że Miłość jest iluzją. I rozumiem ją. Ma swoje powody, by tak myśleć i mieć takie przekonanie. Zaś z mojego doświadczenia wynika, że zwykliśmy nazywać miłością na przykład to, co nią nie jest. Np.: seks to seks, pożądanie, to pożądanie, chcenie, by mieć kogoś na wyłączność jest chceniem, by mieć kogoś na wyłączność. Ktoś kocha jedzenie mięsa albo kocha piękną sukienkę… Ktoś kocha dziecko, ale przestaje kochać, gdy dziecko nie spełnia oczekiwań rodzica... Ktoś kocha kogoś, ale zaczyna nienawidzić, gdy ta druga osoba postanawia odejść... To rzeczywiście jest iluzja miłości. Ale czy to znaczy, że Miłości nie ma? Może tak mówi osoba, która jeszcze nigdy nie doświadczyła Miłości? Bo nie może się na takie doświadczenie otworzyć, ponieważ blokuje ją jej "własne" przekonanie o tym, że Miłość jest iluzją.

Chociaż kto wie, może i ja żyję w jakiejś iluzji i w przekonaniu, że zrozumienie, czym jest Miłość zmienia całkowicie nasze życie? Jest podstawą istnienia i poszerzania (zakresu czy stanu) świadomości. Moje życie jednak zmieniło się niewyobrażalnie – nawet nie wyobrażałam sobie tego, że aż tak może się zmienić, ponieważ zrozumiałam, czym jest Miłość.


Istoty pełne miłości, kochają każde stworzenie, nawet te, które nie umieją kochać albo nie chcą. Istoty pełne miłości nie wywyższają się ponad te "inne". Istoty pełne miłości nie czynią tego, co istoty żyjące "bez miłości", ale tylko dlatego, że mają inną świadomość (inny zakres świadomości). 

Tym, co umożliwia istotom ludzkim przejście dalej, jest zrozumienie, że nie możemy dać innym tego, czego nie możemy znaleźć w sobie, a więc i dać sobie samym. Gdy nie możemy czegoś dać sobie, to znaczy, że nie możemy także tym czymś dzielić się z innymi. Możemy dzielić się z innymi tylko tym, co JEST W NAS, tylko tym, kim i jacy jesteśmy. Jeśli w nas jest cierpienie, dzielimy się cierpieniem i zasilamy ten Sen Planety, w którym jest cierpienie, jeśli jest to nienawiść, dzielimy się nienawiścią i wciąż zasilamy Sen, w którym istnieje nienawiść, bez względu na to, czy czynimy to nieświadomie czy świadomie. Jeśli jest to tolerancja, dzielimy się tolerancją, jeśli jest to miłość, dzielimy się miłością. Lecz jeśli jest to tylko nasza projekcja na temat miłości, dzielimy się z innymi własną projekcją na temat miłości.


Pisałam o różnicy między uświadamianiem a protestowaniem… ta różnica polega na tym, że uświadamianie to dzielenie się wiedzą, a protestowanie ma w sobie “negację” zachowań innych. Protestowanie to zakamuflowany atak na sposoby działania innych. Atakujemy wówczas innych powodując wzburzenie i jeszcze większą złość i wzmacniamy u innych "negatywne" emocje. Uświadamianie czyli przypominanie o cierpieniu np. ludzi czy zwierząt, uświadamianie o potrzebie szacunku do zwierząt jako istot czujących itp. itd. działa inaczej i naprawdę działa. A każdy bunt rodzi inny bunt i jak piłeczka pingpongowa w grze raz uderza w jedną, a raz drugą paletkę, tylko że w tym przypadku "paletkami" są ludzie. I takie uderzenia mogą sprawiać ból. Takie są zasady tej  "gry". Może uświadamianie sobie i pomoc przy uświadamianiu (sobie) innym zasad tych "gierek i gier", w jakich uczestniczymy działa powoli, ale na pewno skuteczniej niż jakikolwiek bunt czy oskarżanie innych o to, że postępują "źle". Bo uświadamianie pozwala na rozpoznanie zasad tych "gier i gierek", w których nieświadomie uczestniczymy. Ale to moje rozpoznanie, a kogoś innego może być inne.

Nasuwa mi się teraz pytanie (tak ogólnie): czy warto złościć się na ludzi, którzy nas odrzucają? Z mojego doświadczenia i tego, co czuję i wiem (czyli z wiedzy i świadomości), wynika, że nie warto… Przeżywałam ostatnio także takie doświadczenia z “oczernianiem” mnie włącznie i ze snuciem różnych projekcji na mój temat, które nie miały nic wspólnego z faktami. Rozumiem, jak to działa, jak nasze umysły tworzą różne historie i urojenia po to, by usprawiedliwić swoje przekonania, swoje "negatywne" emocje wobec innych. 

Jednak… rozumiem powody i przyczyny działania takich osób. I wzorce tych działań. I widzę, że jeszcze w większości ci ludzie nie są świadomi tych wzorców, według których działają. Ale ja w sercu nadal czuję do nich miłość... 

Ponieważ pamiętam, kim byłam... I dziękuję za to to... kim byłam, kim jestem i kim będę.


Wiele ostatnio "mówi się" o podwyższaniu wibracji...
Dla mnie nie ma "wyższych" czy "niższych" wibracji, ale są one zróżnicowane. Oczywiście, jeśli są jakieś "nisze" wibracje, to względem jakichś "wyższych" i odwrotnie. Bez wartościowania i oceniania, które są "lepsze", a które "gorsze". Dla mnie nie ma „wyższych” lub „niższych” wibracji, choć potocznie wiele osób tak mówi i pisze. 

Wiem, że są fale o większej albo mniejszej amplitudzie drgań albo większej (gęstszej) lub mniejszej (rzadszej) częstotliwości drgań. Są fale bardziej lub mniej „zagęszczone” wymiarowo. Przestrzenie są wymiarowo zróżnicowane i mogą na danym obszarze występować jednocześnie światy róznowymiarowe. Mówi się potocznie o wyższej lub niższej częstotliwości drgań (wibracji), ale wówczas wyższe częstotliwości drgań są związane z mniejszymi amplitudami i krótszą długością fali względem jakichś wyższych amplitud czy zróżnicowanej długości fali. Eter zwany piątym żywiołem, z tego, co widziałam i zrozumiałam, ma taką "właściwość", że w nim harmonijnie są połączone wszystkie rodzaje częstotliwości (wibracji). Eter łączy w JEDNĄ WIELOWYMIAROWĄ PRZESTRZEŃ wszystkie przestrzenie różno wymiarowe wypełnione różnymi wibracjami. Teraz już nie wybieram "wyższych" czy "niższych" wibracji, do przejawiania siebie. Jestem Połączona. I działam w Połączeniu. Łączę się z Intencją, która przeze mnie się przejawia. Nie wybieram "wyższych" czy "niższych" wibracji, ale łącze je w sobie w harmonii. Mogę to opisać za pomocą innej przypowieści:

Obecnie prowadzącą mnie intencją jest... harmonia. I bardziej odczuwam "ciałem" niż myślę "umysłem". Kiedy nasze serca wypełnia energia... nazwę ją energią piątego żywiołu - eteru, a "z zewnątrz" zbliżają się świetliste bąble albo nici, które mają różne częstotliwości (wibracje), to one stykając się z eterem w sercu i łączą się z energią, którą też czasem nazywam sobie "wszechogarniającą miłością". :-) 

Gdy w ten sposób te inne wibracje łączą się z eterem w sercu, zmienia się ich własna wibracja w punktach styku z energią eteru w sercu. I dotychczas stała częstotliwość danego wzorca staje się zróżnicowana, bo harmonijnie połączoną z wibracją "wszechogarniającej miłości" w moim sercu. Ale "końcówki" tych nici nadal mają te "swoiste" wibracje/częstotliwości. A końcówki takich wielu różnych nici nadal mają zróżnicowane między sobą wibracje/częstotliwości. 

Wtedy umysł pozostaje zazwyczaj "pusty". Obserwuję, rozumiem i czuję miłość. I gdy mam na przykład coś powiedzieć, wówczas po prostu mówię. Wtedy mało myślę poprzez moje "chcenie" lub "niechcenie". Prawie wcale. ;-) I przeze mnie przejawia się to, co ma się przejawić. I robię to, co mam do zrobienia. :-D






piątek, 12 lipca 2013

PRZEGLĄDAJĄC SIĘ W LUSTRZE ALBO W JEGO ROZBITYCH CZĄSTKACH


JEST TAKI PRZESĄD, ŻE NIE NALEŻY PRZEGLĄDAĆ SIĘ W ROZBITYM LUSTRZE. CZY KTOŚ WIE, SKĄD TEN PRZESĄD I "SIEDEM LAT NIESZCZĘŚCIA"? 
Kto go wymyślił i w jakim celu? 

W tym porzekadle zawarta jest jakaś informacja, ale jaka i z czym związana - o co w niej chodzi? - nie wiadomo... 

Większość przesądów jest po to, byśmy funkcjonowali w ciągłym strachu, że coś złego nas może spotkać zawsze i na każdym kroku. Że jeśli nie wykonamy jakichś bezsensownych "magicznych" rytuałów, to stanie nam się coś złego. I tylko te "magiczne rytuały, o których nie mamy pojęcia, skąd się wzięły i co znaczą, mogą nas uchronić przed nieszczęściem lub zgubą?  One nas nieprawdopodobnie ograniczają, a często nawet powodowały nienawiść do np. czarnych kotów, zakonnic (ale nie księży) itp. itd. Ale nie o tym tym razem chcę napisać. Przesądy to także przekonania, to wzorce zachowań.

A rozbite lustro to mocny symbol... jego znaczenie opisałam np. tu: ROZBITE LUSTRO.

Był czas w moim życiu, kiedy uwolniłam się od wszelkich przesądów. Uwalniałam się także od różnych przekonań na swój własny temat. I tym doświadczeniem pragnę się podzielić.

O jednej metodzie pracy z Lustrem pisałam w notce pt. ZADYMIONE LUSTRO.  W naukach Tolteków i Rdzennych Obu Ameryk można znależć wiedzę, która mówi, że wszyscy jesteśmy dla siebie Lustrami, w których się przeglądamy wzajemnie. Ta praktyka dotyczy rozpoznawania poprzez innych - jako naszych lustrzanych odbić - SWOICH własnych nieświadomych wzorców ukrytych w naszej podświadomości i wyciągania ich na poziom świadomości, co w efekcie poszerza zakres naszej samo-świadomości.

Wiedza o sposobach postrzegania przez nas innych ludzi jako naszych Luster pomaga nam poszerzyć naszą świadomość poprzez proces samopoznania i transformowania energii wcześniej nieświadomych, a później już rozpoznanych wzorców w to, co nam ma sprzyjać w naszym rozwoju. Ta wiedza uwalnia nas od nadmiernego przywiązania do przekonań, a nawet nieświadomych emocji, które nami rządzą (władają). 

Możemy dzięki tej metodzie rozpoznawać swoje nieuświadomione sposoby działania, wzorce myślowe i emocje oraz te części swojej tożsamości, które zostały zepchnięte głęboko w cień w trakcie naszego procesu "programowania" w dzieciństwie i młodości. Możemy dzięki tej metodzie uwalniać te części siebie, które "ukryliśmy sami przed sobą" i szczelnie zamknęliśmy w naszych "osobistych Puszkach Pandory" *)

Temat LUSTRA jako symbolu naszych relacji z innymi cząstkami Całości poruszałam także w innych notkach:

Teraz opiszę jeszcze inny sposób - metodę pracy z lustrem na swoim własnym przykładzie. Postaram się w jak najprostszy sposób opisać to doświadczenie.


Byłam kilkanaście lat temu w takim stanie, że patrzyłam w lustro i nie lubiłam tej osoby, którą w nim widziałam. Odrzucałam wiele aspektów samej siebie, ale nie rozumiałam jeszcze, kim jestem. Byłam na początku drogi poznawania siebie i rozpoznawania, kim jestem.

W dzieciństwie przyjmujemy pewne wzorce i programy w procesie wychowywania od dorosłych. Wtedy konstruuje się nasza tożsamość. Możemy na przykład być utożsamieni z wzorcem: "jestem brzydka, a inne kobiety są takie piękne" albo "jestem brzydki, a inni mężczyźni tacy piękni".  Często taka myśl "myśli się" w naszym umyśle nieświadomie i pobudza nasze różne emocje a to zazdrości, a to złości, a nawet nienawiści do innych i również do siebie... Już w młodości, a potem i w dorosłym życiu sami często katujemy się takim swoim myśleniem o sobie.

Któregoś dnia znalazłam bodajże w jednej z książek Luis Hey opis praktycznego ćwiczenia  z lustrem, które miało na celu uwolnienie od przekonań na swój własny temat.  Nie mam przy sobie tej książki, więc napiszę to, co pamiętam. Chodzi o to, że potencjał energetyczny zapisu w naszych ciałach jakiegoś wzorca, z którym się utożsamiliśmy np. "jesteś/jestem brzydka, a inne kobiety są takie piękne" należy zrównoważyć nową energią. Luis proponowała codziennie przez jakiś czas stawać przed lustrem z dłonią na krtani (czakrze gardła - wyrażania) i powtarzać takie słowa, które "odkodują" stary wzorzec. W podanym przeze mnie przykładzie owym "antidotum" mogą być słowa z drugiego bieguna - "pozytywnego" myślenia o sobie np.: "jestem piękna taka, jaka jestem".  

Ja kiedyś wybrałam do pracy ze sobą "mantrę" :-) "jestem piękną, mądrą, dojrzałą kobietą", ponieważ wiedziałam, że często zachowywałam się w trudnych sytuacjach jak mała, niedojrzała, poraniona dziewczynka. Nie bardzo lubiłam swoje odbicie w lustrze. I z pewną zazdrością patrzyłam na niektóre kobiety, zwłaszcza te, które potrafiły  mówić (wówczas dla mnie:) w piękny i mądry sposób. Co z tego, że odnosilam jakieś sukcesy w swoim życiu, jeśli nie potrafiłam cieszyć się nimi? Co z tego, że niektórzy uważali mnie za piękną kobietę, skoro ja sama w to nie wierzyłam?  Wiele rzeczy w życiu robiłam po to, by udowadniać innym swoją wartość, ponieważ sama nie miałam poczucia własnej wartości. W każdym razie było ono mocno zachwiane. Dlatego czekałam na miłe słowa albo na słowa czyjegoś uznania, podziwu itp, jak na jałmużnę, ale nawet gdy ktoś je wypowiadał, ja byłam głucha jak pień, ponieważ nie byłam w stanie w nie uwierzyć.

Kiedy pierwszy raz stanęłam przed lustrem i zaczęłam mówić te słowa: "jestem piękną, mądrą, dojrzałą kobietą", nie mogły mi one przejść przez gardło. Byłam raczej przerażona... W moim umyśle pojawiały się myśli, że to przecież kłamstwo, że to jakieś szaleństwo, ale mimo to poszłam za radą Luis Hey, żeby - bez względu na to, co będzie się z nami działo - powtarzać dane słowa (afirmację) patrząc w swoje odbicie w lustrze. I tak robiłam. Kaszlałam, krztusiłam się, płakałam, a nawet zawyłam kilka razy, bo wymawianie tych słów sprawiało mi sporą trudność. Przez wiele dni było mi bardzo trudno wykonywać to "ćwiczenie", ale mimo to, wykonywałam tę praktykę, ponieważ w sercu pragnęłam zmiany i podjęłam decyzję o zmianie jakości swojego życia. Nie chciałam już dłużej grać roli "ofiary losu" sama przed sobą... Powoli z każdym dniem coraz łatwiej wypowiadało mi się te słowa.

Po mniej więcej miesiącu takiej codziennej praktyki (czasem i dwa razy dziennie), któregoś dnia wypowiadając te słowa i patrząc na twarz w lustrze zobaczyłam... wesołe oczy. Trysnęła we mnie radość w sercu i byłam tak zaskoczona, że przez moment trudno było mi uwierzyć w to, co zobaczyłam. Ale tak, widziałam wesołe, kochające oczy i aż zaczęłam się śmiać do tych oczu mówiąc: "widzę to, widzę, naprawdę widzę". I dziękowałam Luis i sobie. Kontynuowałam tę praktykę przez następne tygodnie.

Powoli zaczęłam się czuć piękna, mądra i dojrzała :-) Potrzebowałam takiego doświadczenia. Doświadczałam wtedy wielu zachwytów moją osobą od innych ludzi. Najpierw byłam zadziwiona, ale z czasem zaczęłam przyjmować to jako coś absolutnie naturalnego :-)  A jednak to jeszcze nie koniec tej przygody.

Wkrótce potem, nagle któregoś dnia uświadomiłam sobie, że zarówno to, co myślałam wcześniej o sobie, że jestem "głupia i brzydka", jest taką samą iluzją jak myślenie o sobie, że jestem "piękna i mądra"... To ILUZJA - zobaczyłam i zrozumiałam. Wtedy nastąpił "głęboki przełom"... Zrozumiałam, że nie ma już dla mnie żadnego znaczenia, jak postrzegam samą siebie (czy utożsamiam się z piękną czy brzydką, mądrą czy głupią), że mogę być taka i taka, dla siebie i innych. Że przestało mieć znaczenie, jak postrzegają mnie inni, czy jako głupią, czy brzydką, czy mądrą czy piękną. Uwolniłam się od swoich ocen mojej osoby w tym "aspekcie mnie" i tego, jak mnie postrzegają inni. Uwolniłam się od ocen innych. Jednocześnie sama stałam się wolna od myślenia, czy brzydko albo ładnie wyglądam, czy wyrażam się albo postępuję głupio czy mądrze... i co na ten temat mogą myśleć albo mówić inni. Przestałam także w tych kategoriach oceniać innych. Och, to było niesamowite, zachwycające odczucie, to dało mi uwolnienie od utożsamiania się z jednym albo drugim "biegunem" postrzegania siebie i wyczulenia - w pewnym sensie nieuświadomionej wcześniej "nadwrażliwości" na postrzeganie mojej osoby przez innych. 

Jestem taka, jaka Jestem :-) I wiem, jestem świadoma, że Ty także jesteś taki lub taka, jaki lub jaka JESTEŚ.

To był jeden z pierwszych i jeden z wielu "kroków milowych", jakie do tej pory zrobiłam w moim procesie-życiu-nieustającej ceremonii życia.  Procesie polegającym na poszerzaniu (zakresu) mojej samo-świadomości poprzez zmiany starych wzorców i uwalnianiu się od nich, i transformowaniu, i otwieraniu się na całkiem nową wiedzę, nowe sposoby działania i istnienia...


Z mojej wiedzy wynika, że obecnie wielu ludzi przeżywa teraz mocne rozwibrowanie, nawet jeśli w swojej przeszłości działali i współuczestniczyli w tak zwanych pozytywnych doświadczeniach. Ponieważ i jedni i drudzy (ci od pozytywnych i negatywnych doświadczeń – “dobrej” i ‘złej’ karmy) potrzebują teraz dostroić się do tych całkiem nowych częstotliwości wibracyjnych (miłości wszechogarniającej). 

Chcę wspomnieć, że uwielbienie i nienawiść na poziomie zapisu energetycznego mają tę samą częstotliwość, te same “napięcie” czy natężenie fali, tylko te fale są swoimi ”lustrzanymi odbiciami”. Chodzi o to, że mamy możliwość teraz je ze sobą zharmonizować. Każdy w sobie, poprzez siebie. To właśnie ma także związek z umiejętnością wyciągania wniosków z doświadczeń traktowanych jako "życiowe lekcje  w kosmiczne szkole życia" i dokonywania syntezy, która umożliwia zakończenie walki dobra ze złem, światła i ciemności i przejście - być może w całkiem inne światy, niewyobrażalne dla nas w tym momencie, kiedy jeszcze działamy według "starych wzorców" tego "matrixa".

Tak, kiedyś  żyłam w lęku, potrafiłam odczuwać złość, nawet nienawiść. Cierpiałam, ale udawałam tylko, że umiem kochać, nieświadomie udawałam, że jestem TAKA wspaniała, a inni mnie nie doceniają. I dziwiłam się, dlaczego są "oni" tacy ślepi. ;-) Wciąż coś potrzebowałam udowadniać sobie i innym, a jeśli nawet zdarzało mi się odnosić pewne osobiste sukcesy, to nie byłam w stanie ich dostrzec, bo byłam skupiona - tzn. mój umysł był skupiony na "programach" i wzorcach według których działam nieświadomie. Chociaż ZDAWAŁO MI SIĘ, że przecież byłam świadoma. Ha, ha, ha... Przyjrzyjcie się sami sobie, ile czynności wykonujemy poza naszą świadomością, nawykowo, wręcz odruchowo łącznie z działaniami pod wpływem różnych myśli i emocji. Zdarzało się, że kłamałam, oczerniałam innych, oceniałam i w ten sposób wydawało mi się, że jestem od nich lepsza. Co za ignorancja i brak zrozumienia... Co za iluzja?!

Wydawało mi się, że kogoś kocham, a tak naprawdę pragnęłam na przykład mieć tę osobę wyłącznie dla siebie. I na przykład bałam się, że ta osoba może mnie porzucić dla innej. Albo chciałam, by inni mnie kochali, szanowali, a nie umiałam pokochać i uszanować samej siebie... To był nieustający głód, który nie mógł być nasycony przez innych, póki nie wypełniłam siebie samą szacunkiem i miłością... Oczywiście przeżywałam także momenty radości, euforii, a nawet szczęścia. Kiedy moje ego otrzymywało to, czego chciało. To też była iluzja. Jednak najprawdziwsze chwile szczęścia dawał mi kontakt z naturą i wszystkie "nieme" zachwyty nad cudami zjawisk natury. 

Teraz jestem szczęśliwa, ponieważ rozpoznałam wiele nieuświadomionych wcześniej wzorców według których działałam. I stąd też moje zrozumienie dla innych, którzy jeszcze według podobnych wzorców myślowych i emocji działają.

Ponieważ pamiętam, kim byłam... jestem...

Nie interesują mnie jednak żadne koncepcje tego, kim jestem. Nie interesują mnie na ten temat żadne koncepcje ani czyjeś ani moje. Nie interesują mnie żadne czyjeś koncepcje ani definicje, tym bardziej wyobrażenia i projekcje czy oceny na temat, kim Jestem, kim byłam lub kim mogłabym być. Podobnie mam w stosunku do Ciebie i tego, kim Ty byłaś, byłeś, jesteś albo możesz być.

Szanuję wszystkie swoje doświadczenia i siebie z przeszłości o znacznie bardziej ograniczonej świadomości: cierpiącą, myślącą o sobie i o innych w taki, a nie inny sposób, oceniającą siebie i innych w taki, a nie inny sposób albo chwalącą się swoimi "sukcesami", albo użalającą się nad sobą i swoimi "porażkami" albo... uskarżającą na innych. 


Jestem Tobą, a Ty Jesteś Mną...


Teraz już wiem, że osądzając innych, osądzałabym samą siebie, oskarżając innych, oskarżałabym samą siebie. Teraz.... szanując innych, szanuję samą siebie. Szanując samą siebie szanuję innych. Kochając innych, kocham samą siebie i kochając samą siebie, kocham innych. I nie wiem, co będzie dalej... ponieważ nawet sobie wyobrazić nie potrafię na podstawie wiedzy, którą mam dziś. I nie chcę ograniczać tego, co może się wydarzyć... swoimi wyobrażeniami. Dzięki temu otwieram się na nieznane i taką przyszłość, która może mnie zaskoczyć i zachwycić... zamiast powtarzania w kółko tego samego lub kolejnych wariacji tego samego, w kółko i w kółko...  otwieram się na nieznane... 


Wiem, że gdy opowiadam o sobie, opowiadam historie o sobie, ale nie o tym, jaką siebie widzę, ale o tym czego doświadczyłam nie oceniając, czy to dobre czy złe. 


Chcesz się podzielić swoim doświadczeniem? Wysłucham z wielką uwagą. To doświadczenia nasze i odkrycia, które te doświadczenia ze sobą przynoszą w każdym danym Tu i Teraz, wzbogacają nas i poszerzają naszą świadomość. A nie oceny siebie i innych. Te nas ograniczają. 

Wiem, że demony, potwory i wszystkie "Gady:, które nas straszą, najpierw potrzeba uwolnić... Przede wszystkim w SOBIE. Wybaczyć im w sobie i pozwolić im odejść albo rozpuścić się w Miłości. W ten sposób możemy je uwolnić w sobie. One wtedy odchodzą z naszego świata. Taką miałam wizję na spotkaniu ze Starą Lipą koło Jaszczurowej.




LUSTRO…
inni nam „lustrzą”, kiedy nas denerwują, irytują, kiedy wzburzają naszą harmonię… Wtedy jako te „lustereczka” pokazują nam te cząstki nas samych, których wyparliśmy się w sobie. Dzięki tej wiedzy możemy zacząć dostrzegać w sobie to, co nasze ego – ja ukryło przed „sobą”, bo oddzieliło się od „niechcianych, nielubianych” części siebie…. w procesie wychowywania („udomowiania”).
Dlatego, jeśli np. ktoś mówił, pisał, pisze i będzie pisać żle o mnie, nie robi to na mnie już żadnego wrażenia, nie burzy mojej wewnętrznej harmonii. Ponieważ rozumiem, z jakiego powodu ktoś to czyni, bo i ja kiedyś tak robiłam (lub podobnie) działając według tego samego wzorca: nienawiści powstałej z oddzielenia i oceniania innych jako tych złych, bo siebie ego chce widzieć wyłącznie jako dobre. 
Dlatego, że te wzorce „uzdrowiłam” w sobie, widzę, że inni według tych wzorców jeszcze działają. A ponieważ rozumiem to i znam z własnego doświadczenia, mogę nawet kochać takie osoby. 
Pamiętam, że wszyscy jesteśmy cząstkami Jedni, że każdy człowiek jest dla mnie lustrem, w którym się odbijają różne cząstki mnie samej…

Zmiana, poszerzenie świadomości polega na tym, że rozumiemy np. takie słowa:
„Nie jesteś kroplą w oceanie. Jesteś całym oceanem zawartym w kropli” - Rumi.
Ktoś, kto uzdrawia te wcześniej „niechciane i nielubiane” części siebie w sobie, rozumie zachowania innych i nie czuje złości na np. tych którzy piszą różne „straszne rzeczy” o innych, lecz zaczyna odczuwać zrozumienie, akceptację takiej osoby i widzieć ją… taką, jaka ona jest, a nawet może odczuwać miłość.
Osoba, której nadal inni wciąż „lustrzą” i zaburzają jej wewnętrzną harmonię, nie może dostrzec i zrozumieć powodów działań takiej osoby i nie będzie ‚wierzyć’, że na innych jej oczernianie nie robi już żadnego wrażenia. Bo taka osoba... ma swoje przekonania. I nawet nie będzie chciała dopuścić takiej możliwości do siebie, dopóki sama nie zacznie doświadczać tej zmiany w sobie.
Więc osoba, która mówi lub pisze o mnie zle, może mówić i pisać o mnie, co jej się "żywnie podoba". Rozumiem, iż teraz inaczej nie może, ani nie potrafi, ponieważ działa według pewnych wzorców myślowych. A ja nie reaguję, ponieważ nie mam potrzeby zasilania swoją uwagą i emocjami tego, co ona robi. Nie tylko wobec mnie, ale i innych.
Czasem, jeśli poczuję z serca, to coś napiszę… Robiąc to, co mam do zrobienia.

Dodam jeszcze, że nie uważam siebie za "lepszą" lub "gorszą" od niej. Albo za "bardziej uduchowioną" od kogokolwiek. Po prostu różni nas tylko… różna zdolność rozumienia i świadomość (samo-świadomość) tego, w jaki sposób działamy tak, jak działamy i dlaczego działamy tak, jak działamy…
p.s. Uczciwość wobec samych siebie i rozpoznanie swoich kłamstw i swoich ukrytych przed ja "demonów" to jedno z najtrudniejszych "wyzwań" w tym świecie. 

*) O Puszce Pandory "streszczenie":
Pewnego dnia Dzeus rozkazał Hefajstosowi ulepić z gliny piękną dziewczynę. Dzeus poprosił Atenę aby nauczyła niewiastę tkania i haftu. Pandora została zesłana do domu Epimeteusza- brata Prometeusza. Prometeusz nie raz zabraniał mu wpuszczać Pandorę do domu, ale ten oczarowany nią wogóle się go nie słuchał. Posłaniec bogów-Hermes przekazał dziewczynie od Dzeusa szkatułę z nakazem, aby jej nie otwierała. Kiedy Pandora i Epimeteusz pobrali się, ta trawiona ciekawością strasznie nalegała, aż w końcu jej mąż otworzył puszkę. Gdy ją otworzyli, zaczęły z niej wychodzić duże, jadowite pająki i węże. Po krótkim czasie z puszki zaczęła wychodzić mglista, przedziwna kobieta. Była to nadzieja. Lecz Pandora na prośbę męża zatrzasnęła puszkę zamykając na zawsze nadzieję. Krótko po tym zaczęły pojawiać się na lądzie i w wodzie choroby przynoszące śmierć ludziom i zagładę światu.

Z Puszki Pandory razem z jadowitymi pająkami i wężami, których jad może zabić, ale również w odpowiednich dawkach może być uzdrawiający, pojawiła się mglista kobieta - nadzieja. Nadzieja to była? Na możliwość uwolnienia człowieka od chorób przynoszących ludziom cierpienie, ból śmierć i zagładę światu? Czy tylko chorób fizycznych? Wygląda na to, że chyba nie.

Film:

Kochanie siebie

Sri Bhagavan mówi o tym co naprawdę znaczy kochanie całych siebie - objęcie siebie samych całkowicie, ze wszystkimi aspektami...