sobota, 31 sierpnia 2013

O GADACH, WIEDZY I ŚWIADOMOŚCI

Negatywne emocje wobec gadów są zakodowane w większości ludzkich umysłów jako myśli pasujące do odpowiedniego programu (nienawiści i strachu), dlatego wpływają one na ocenę zachowań tego stworzenia. A ponoć to ryby, które wyszły z oceanu na ląd… „Ufoludki” – ha, ha, ha…



Bałam się jako małe dziecko gadów i płazów. Nie mogłam spać, bo widziałam na firance i wokół okna te stworzenia. Mama musiała zostawiać w moim pokoju zapaloną lampkę. Nawet wizyta u słynnego wówczas psychologa nie pomogła ;-). Do momentu aż któregoś letniego dnia moja mama złapała zieloną żabkę i pokazała mi ją. Zapytała, czy zechciałabym wziąć ją do ręki. Wzięłam i… to było piękne uczucie, „traumatyczne pozytywnie”, bo wówczas przestałam się bać tych stworzeń. Może ktoś we wcześniejszym wcieleniu mnie nimi straszył? – ha, ha, ha… :-D Albo może jakieś inne dziecko w zabawie straszyło mnie i ten strach został w mojej podświadomości?



"Wysoki poziom" wiedzy albo nawet "ogromna" wiedza o niczym nie świadczą i niczemu nie służą prócz wzmacniania naszego ego. Można mieć świadomość ziarnka piasku, piłki pinpongowej, a wiedzę ho,ho,ho… i co z tego? Mnie interesuje poszerzanie świadomości... 

Wiedza teoretyczna bez praktyki jest tylko narzędziem służącym dla zabaw intelektualnych umysłu i stawiania pułapek, zagadek itp. na inne cząstki umysłu mające różne przekonania. Wspaniale, jak ktoś chce tak sobie pogrywać, niech gra. Mam co innego do zrobienia :-)

Znam wiele osób, które mają już sporą wiedzę o tym, jak mogą się np. “uzdrawiać”, jak zmienić swoje wzorce myślenia i zachowań, by zacząć żyć np. w spokoju, pokoju i harmonii, a mimo to żyją “po staremu” i wciąż np. w cierpieniu, w rozchwianych emocjach, nieświadomej nienawiści itp… chociaż mówią, że pragnę zmiany. To kłamstwo. Bo nadal wolą mówić o tym, że to inni i cały świat powinien się zmienić, bo przecież... nie oni. Ale spokojnie, mamy czas, by zmiany, które już się zadziewają, które nas jeszcze czekają, mogły się przejawiać…



O "gadziej naturze"...

Można po prostu wybaczyć W SOBIE gadzią naturę, ponieważ każdy z nas kiedyś postępował w taki sam lub podobny sposób – bo to są także części MNIE jako Całości, które wciąż w sobie NEGUJEMY, których wciąż się WYPIERAMY. Gdy przyjmiemy je, wybaczymy i uwolnimy, wtedy "gady" same odejdą.

Miałam wizję z tym związaną przy pewnej Starej Lipie koło Jaszczurowa... *)


Niestety albo “stety” (zależy co komu potrzebne) nasze ja-ego, które jest utożsamione mocno z wyobrażeniem siebie jako “lepszych od innych”, od tych "okropnych czarnych owiec czy baranów” nie pozwala nam na przyjęcie tego prostego rozwiązania.

Gady były podobno wytrzebione na Atlantydzie...

“Gady” miały swoje zadanie do wykonania na Ziemi. Nie były całkiem “złe”. Miały swoje “wady” i “zalety” jak każda “forma istnienia”, jak różne istoty we wszechświecie. Np. funkcje tzw. “gadziego mózgu” są podobno związane z silnymi emocjami. Gdybyśmy ich nie mieli, nie możliwe byłoby doświadczenie np. orgazmu w trakcie aktu seksualnego albo wielkiej radości czy płaczu euforycznego, wzruszenia czy stanu wielkiej szczęśliwości. Albo rozpaczy… Wszystkich emocji zarówno “pozytywnych” jak i “negatywnych”.

Czyż uznacie, że tego typu doświadczenia były “złe”? Z jakiegoś powodu potrzebowaliśmy ich.

Nasze ego (wiem to z własnego doświadczenia, ponieważ tak też działałam) ma łatwość generalizowania i dokonywania polaryzacji: to jest tylko białe, a to jest tylko czarne. Ale można też zacząć widzieć rzeczy takimi, jakie są naprawdę, a nie takimi, jakie wydają się być (dla naszego ego).

Poprzez zrozumienie i dostrzeżenie tego, że “gady” nie są wyłącznie “złe” zmienia się nasza świadomość. Przychodzi przypomnienie, rozpoznanie, że “gady” są inne od nas, ale z tego powodu także nierozumiane przez nas. I na Atlantydzie na przykład zostały wytrzebione. A być może z tamtego doświadczenia w nich i także w nas pozostała trauma

Najprościej (takie jest moje doświadczenie) jest uzdrowić w sobie swoją “gadzią naturę”. Póki te wzorce są w nas i ukryte w naszej nieświadomości (podświadomości), to wciąż będziemy na "nich" przenosić i projektować “całe zło”, które głęboko ukryte jest w nas samych.

No, ale takie jest “moje” doświadczenie i wiedza. Twoja czy Innych może być inna, ponieważ doświadczamy tego świata na różne sposoby.


Może wciąż za dużo zajmujemy się innymi, a za mało sobą? Szczerze mówiąc miałam także wizję związaną z Ziemią – Matką Gają, że ona nie potrzebuje naszego uzdrawiania, jest na tyle potężna, że mogłaby się uzdrowić sama, bez nas. To jej ludzkie dzieci mogą siebie uzdrawiać. Ale także doświadczyłam tego i wiem, że ludzie zajmują się uzdrawianiem innych i wpadają w piękną pułapkę “uzdrawiania”. Pułapkę dlatego, że to takie atrakcyjne dla naszych ego. A to wielka ILUZJA, kolejna GRA. Nikt nikogo nie uzdrowi. Każdy może prawdziwie uzdrowić wyłącznie sam siebie. Co najwyżej możemy wspierać siebie i innych w tym samouzdrawianiu.

I kiedy ktoś przychodzi do mnie z prośbą o pomoc (uzdrawianie), nigdy nikogo nie uzdrawiam. Tylko wspieram procesy samouzdrawiania. Wtedy poszerza się nasza świadomość. Kiedy ktoś mnie prosi, bym pomodliła się za kogoś, mówię uczciwie, co czuję: pomódl się sam lub sama za siebie, a ja mogę tylko przesłać Ci energię wszechogarniającej miłości z serca. Mogę pomóc Ci rozpoznać różne kłamstwa, ale nie wiem, co jest Tobie potrzebne albo przeznaczone. 

Poznałam różnych uzdrowicieli i rozpoznałam jak wielu jeszcze z nich bawi się w grę uzdrawiania innych podbijając tym samym bębenek swojego pięknego ego. Takie jest moje doświadczenie i rozpoznanie (przypomnienie). Ale skoro tak lubią, chcą, muszą, potrzebują... to ich wybory. Czy świadome czy nieświadome? - nie ma to w zasadzie znaczenia.

Wiem, że nie rozumiejąc innych nie rozumiemy siebie samych… Dlatego wtedy nie potrafimy nikomu naprawdę pomóc. I nie rozumiejąc siebie nie rozumiemy innych.
 .. No cóż, przypomniałam sobie kiedyś, że najwięcej potworów zagnieździło się w nas samych. W naszej tak zwanej podświadomości (nieświadomości) ukrytej przed naszą świadomością. Dlatego zaczęłam się zajmować ich uzdrawianiem w sobie. I zrozumiałam, że nikt inny nie może tego zrobić za mnie. Owszem, może mnie wesprzeć, pomóc w czymś, ale nikt nie zrobi tego za mnie.

No i wiem, że do tego potrzebna jest odwaga, by rozpoznać wszystkie swoje kłamstwa na swój własny temat. 

W ten sposób możemy się od nich uwolnić, a energię, którą je zasilaliśmy możemy “przetransformować”  i zasilić inne wzorce, które będą sprzyjały naszej ewolucji świadomości. 

No więc odejdą sobie te "gady czy nie odejdą?


Kiedy myślę i jestem przekonana o tym, że tego NIE ZROBIĄ, no to nie daję szansy na zaistnienie takiej sytuacji, że to zrobią. A ponadto teraz jest czas, w którym uczymy się ODPOWIEDZIALNOŚCI ZA SAMYCH SIEBIE. Nie wszyscy muszą przejść przez ten “test”. Po prostu, Nie wszyscy MUSZĄ.

Chcesz dostrzec ten "wielce wysublimowany" myk umysłu, który "produkuje" atrakcyjne przekonania utrzymujące TEN STARY ŚWIAT władców i poddanych, oprawców i ofiar itd...?

1. mogę wierzyć, że “ONI” nie zmądrzeją i będą kontynuować “swoje GRY”, ale uważam, że to “złe”. Wtedy tą swoją wiarą – tym przekonaniem wciąż i wciąż zasilać będę w sobie energię złości na NICH i toczyć WEWNĘTRZNĄ WOJNĘ Z “NIMI”.

2. mogę wierzy, że “ONI” kiedyś zmądrzeją i się zmienią. Wtedy taką swoją wiarą – tym przekonaniem będę zasilać wszelkie sposoby działania, by przekonać ICH” lub zmusić do dokonania jakichś zmian. W ten sposób także będę toczyć WEWNĘTRZNĄ WOJNĘ (a może i zewnętrzną także) Z “NIMI”

Jest jeszcze jedno wyjście. To moja droga - odpuścić sobie taką “wiarę” i takie przekonania. Zając się przede wszystkim sobą, a nie innymi. Wtedy mogę zacząć tak działać, by znaleźć sposoby na zakończenie wewnętrznego konfliktu i WOJNY Z "NIMI". Zadbać o siebie i tych, z którymi rzeczywiście współtworzę relacje, a nie ILUZJE w mocno ograniczonym różnymi przekonaniami umyśle.

Każdy z nas ma swoje do zrobienia ;-D


Ozyrys pisze:

“… Według Stewarta Swerdlowa obecność Gadoidów w naszym Wszechświecie to …dar, dzięki któremu szeroko rozumiany rodzaj ludzki ma szansę nie skończyć jako kosmiczne pomyje, tzn. zepsute dzieci czy zadowolone z siebie duchowe trylobity; przy czym nie jest jakaś jego twórcza – nawiedzona interpretacja ani autorska hipoteza, tylko po prostu kluczowy punkt rzeczowej, kronikarskiej relacji o historii naszej galaktyki, zdawanej w oparciu o informacje zgromadzone w toku całego niezwykłego życia – naprawdę kiedyś ktoś gdzieś wpadł na taki pomysł, żeby ludziom wszystkich gwiazd sprawić tego typu prezent, tak jakby uzdolnionemu szachiście z prowincji wyszukać odpowiedniego dlań sparingpartnera, coby nie zatrzymał się na zawsze na swym niby-mistrzowskim poziomie. Według tej długofalowej rekonstrukcji dziejów, gdyby nie reptilianie, ludzie po prostu wegetowaliby sobie na zasadzie stagnacji duchowej i cywilizacyjnej, niczym sympatyczne ruchliwe roślinki, pozbawieni motywacji do dalszego rozwoju, samodoskonalenia się i odkrywania prawdziwej natury fizycznej rzeczywistości (że jest ona tylko iluzją, którą możemy przekraczać samą mocą własnej duszy, tak naprawdę tutaj nie należymy, a jedynie czasowo przebywamy “daleko od domu”, tj. całkowitej jedności z Boską Świadomością)….”
Jednocześnie S. Swerdlow bardzo wyraźnie zaznacza, uwypukla i przy każdej nadarzającej się okazji przypomina, że jeśli nienawidzimy gadoidów, ma to charakter bezpośrednio autodestrukcyjny – wówczas nienawidzimy także samych siebie, gdyż tu na Ziemi chcąc nie chcąc wszyscy posiadamy reptiliańskie DNA, stanowi ono część nas; poza tym wkraczamy wtedy prosto w ich dialektykę, upodabniamy się do nich, oddalając się od naszej ludzkiej natury, której przeznaczeniem i jedynym możliwym w finalnej perspektywie spełnieniem jest bezwarunkowa miłość do wszystkich i wszystkiego, czyli godne odwzajemnienie uczuć kosmosu, Boskiej Świadomości stwórczej czy jakby to kto chciał nazywać, tak naprawdę odnosząc się przy tym również do siebie; z tym, że też byle bez zaślepienia z tą miłością – według Stewarta nawet zabicie napastnika jest uprawnione, jeżeli tylko w ten sposób możemy obronić życie własne albo czyjeś inne; z kolei samobójstwo to według jego onegdaj sztucznie rozszerzonej intuicji coś w rodzaju “kosmicznego przestępstwa” w świetle odwiecznych praw obecnych między wszystkimi gwiazdami. W życiu i na drodze samorozwoju wcale nie chodzi o to, by tłumić i zwalczać w sobie wszystko, co negatywne, zwracając się wyłącznie ku swojej “jasnej stronie” – wręcz przeciwnie, taka droga to naiwna ułuda bez szans na posunięcie się naprzód, ponieważ zarówno w nas, jak i w całym wszechświecie i jego Boskiej Duszy zawsze współistnieją czynniki pozytywne i negatywne, których rozróżnienie zależy zresztą tylko od subiektywnego punktu widzenia."

Ciekawe, że Ozyrys znalazła tekst jakby potwierdzający moje rozpoznania i wiedzę z nich wynikającą, chociaż nie całkiem :-) 


Powyższy cytat i przekonania Stewarta ze mną i moją wiedzą oraz doświadczeniem (i świadomością) nie całkiem rezonują. Gdy zabijamy napastnika dla ochrony własnego lub czyjegoś życia, to takie działanie jest takim samym “przestępstwem” jak samobójstwo. Chodzi o to, że zakłóca nasze połączenie, w pewnym sensie “odcina” nasze połączenia ze Źródłem czy “Boską Świadomością”.

A jeśli chodzi o zastosowaną analogię do gwiazd… są gwiazdy, które – wygląda, że się pożerają lub unicestwiają, ale to tylko tak wygląda. To jest całkiem inny proces, który nam – ludziom trudno zrozumieć. Są gwiazdy, które ulegają samospaleniu na przykład. Inne są jednak “jakościowo” i z innych powodów zazwyczaj zdarzają się: samobójstwo człowieka i “samobójstwo” gwiazdy, które tak naprawdę nie jest samobójstwem (tak to wygląda z perspektywy ludzkiej świadomości). Do samobójstwa gwiazdy można przyrównać samospalenie się jakiegoś buddyjskiego mnicha na przykład. Nie poprzez polanie benzyną i podpalenie, ale poprzez wybuch energii zawartej w ciele mnicha.

W każdym razie, gdy zabijamy innych (lub siebie), takie działanie nadal wykonywane jest z poziomu z niezrozumienia i świadomości ograniczonej pewnymi przekonaniami i powiązanymi z nimi EMOCJAMI:-) Natomiast nie zabicie w takiej sytuacji napastnika nie wynika “z zaślepienia miłością”, lecz z pełnego zrozumienia i świadomości, czym zabicie jest. O “zaślepieniu miłością” może mówić i pisać ktoś, kto nie ma pojęcia (nie rozumie i nie ma świadomości) czym MIŁOŚĆ jest.

W każdym razie w następnym wcieleniu czy nawet w innej formie będziemy musieli prędzej czy później przez tego typu doświadczenie przejść… rezygnując z możliwości zabicia w obronie własnego lub czyjegoś życia. Dodam, że nie jest konieczne, by doświadczyć takiej sytuacji w tzw. realu. Wystarczy, że PRZYPOMNIMY sobie podobną sytuację i ją “uzdrowimy”, przetransformujemy i uwolnimy w sobie. Ten wzorzec pochodzi od innych “kosmicznych Przodków z Przyszłości”  I także jest w nas.

“tak naprawdę tutaj nie należymy, a jedynie czasowo przebywamy “daleko od domu”, tj. całkowitej jedności z Boską Świadomością)….””

Temat “daleko od domu” akurat “przerobiłam” na swój sposób. 
W tej wizji zrozumiałam także, że ów pra-dom jest w sercu każdego z nas. Poczułam to. Moja wcześniejsza tęsknota (ta od dzieciństwa), by tam wrócić zamieniła się na pragnienie działania, by przebudzić w sobie pamięć uczucia, które „stamtąd” czyli z samego środka, z głębi serca pra-domu (wszechświata ?) pochodzi.


Jesteśmy PODRÓŻNIKAMI w NIESKOŃCZONOŚCI i gdy przechodzimy z jednego świata do innego, to zawsze ten NOWY jest NIEZNANY. I w tym sensie zawsze spotykamy się z tymi, którzy nasz rozwój i rozpoznawanie “ZASAD GIER” danego świata umożliwiają.


I z tego, co mi wiadomo np. mamy cztery części wspólne z gadami:
- mózg
- serce
- ciało
- wzorce myślowe i działania

W mózgu – mamy gadzi mózg powodujący np. emocjonalność.
W sercu – mamy przegrodę (u krokodyli np. przegroda jest pełna).
W ciele – mamy kręgosłup i mięśnie na przykład.
Wzorce myślowe i działania możemy w pewnym zakresie dowolnie zmieniać.

Zresztą z każdą z 12 "ras" naszych kosmicznych "Przodków z Gwiazd" mamy jakieś wspólne "części". 
Właśnie człowiek o tyle jest NIEZWYKŁĄ Istotą, ponieważ łączy w sobie cechy czasem nieprawdopodobnie różnych "ras". Ale w różnych cyklach kosmicznych, w każdym kolejnym świecie cechy jednej z tych "kosmicznych ras" stają się cechami dominującymi. Jest zawsze jedna rasa "dominująca" i kilka jej "podporządkowanych".

Powrócę teraz jeszcze do Kodeksu LAUD.
Na wielu rycinach tam umieszczonych, przedstawione są postaci bogiń i bogów. Tu mamy jedną z wielu wersji Drzewa Życia i boginię.



Na tym Drzewie życia umieszczonych jest - jeśli się nie mylę SIEDEM SYMBOLI p KWIATÓW. Ale mnie zainteresowały symbole umieszczone na dole. Niektóre z nich to są symbole owej ósemki bogów z innego obrazka. 

Na różnych rycinach pochodzących z KODEXU LAUD, w pasku na dole znajdują się różne znaki. Zazwyczaj jest ich pięć (jak pięć światów - cykli 5 x 5200lat) i wszystkie przedstawiają pięciu, choć nie zawsze tych samych bogów w różnych konfiguracjach...

Tu inna rycina z Kodeksu LAUD z Bogiem siedzącym na Drzewie Życia:


Na tym Drzewie Życia umieszczonych jest OSIEM KWIATÓW". Podobne symbole jak tych pięciu "RAS z KOSMOSU" są użyte także w kalendarzu TZOLKIN jako KINY, których jest 20.

Na tej rycinie mamy inną piątkę symboli w pasku na dole:

Można samemu obejrzeć te ryciny na stronie rycin z  KODEKSU LAUD.

Pisałam kiedyś:



Miałam kiedyś taki sen, w którym widziałam (choć nie umiałam opisać, bo nie starczyło mi wówczas wyobraźni) cztery rasy jakichś kosmicznych istot, które zobaczyłam symbolicznie jako cztery perły połączone ze sobą świetlistą, cieniutką nicią). Miałam też skojarzenie z czterema kierunkami świata, jakby czterema świetlistymi wiatrami wiejącymi z czterech stron... Te istoty z czterech miejsc wszechświata są tak różne od siebie, że w zasadzie nie mogą się ze sobą w żaden sposób porozumieć, tylko przy pomocy energii, która jest podobna do energii myśli. Aby mogli się oni dzielić swoim doświadczeniem ze sobą, na Ziemi "powstały" cztery podstawowe rasy ludzi, którzy mieli poprzez wzajemne działania i współpracę uczyć się siebie i od siebie nawzajem,  żyć i współdziałać w harmonii, we wzajemnym poszanowaniu korzystając ze wszystkich swoich darów...  I jeszcze we śnie widziałam, jak te cztery kierunki łączyły się ze sobą i utworzyły kolejne cztery kierunki/iatry, więc było ich już osiem...


Pisałam także o UNII 13 GALAKTYK...


*) Spotkanie z Lipą - Jaszczurą:
Gdy podchodziłam do Lipy, (...) spojrzałam na Lipę i zatkało mnie. W jej kształcie dostrzegłam końcówkę kosmicznego tunelu, po którym schodziła na Ziemię wielka Jaszczurka. Tuż przy ziemi w kształcie Lipy zobaczyłam coś jak jamę – norę łączącą kosmiczny tunel z Ziemią.


święta lipa  vitoos.blox.pl

Przywitałam się z Lipą całując Jaszczurę w głowę. Poczułam w tej głowie pulsacje energii, przytuliłam się do tej głowy i położyłam na niej swoją prawą dłoń. Potem poczułam jeszcze pulsacje energii w jej sercu i przytuliłam się swoim sercem. Następnie poczułam pulsację w jej brzuchu, na który położyłam swoją lewą dłoń. Wtedy Lipa zaprosiła mnie do środka, do „jamy”. Moja głowa „weszła” w jej głowę od wewnątrz (było tam wklęsłe miejsce na moją głowę). Jedną nogą stanęłam w jednej „komorze”, a drugą w drugiej i przysiadłam. Lipa-Jaszczura zaczęła swoją opowieść… Wydawałam z siebie dźwięki, które rozpoznałam jako język Jaszczurki – mówiłam jej językiem, a jednocześnie słyszałam, co ona mówi do mnie:


Dusza Jaszczury została zaproszona do ciała Lipy wiele lat temu i w nią weszła. Jaszczury przybyły na Ziemię, bo takie było ich kosmiczne zadanie. Przybyły po to, by wykonać swoje zadanie; podobnie robią to inne istoty w różnych cyklach ziemskich współtworząc i realizując kosmiczny plan, w którym uczestniczyły także Jaszczurki. 


Jaszczury, Krokodyle są z jednej rodziny. A teraz jest czas powrotu tych istot (a właściwie ich dusz) do Domu i zakończenia ich ziemskiego zadania. Ale żeby mogło to nastąpić, potrzebne jest zrozumienie tego, co miały do wykonania na Ziemi. Zrozumienie i wybaczenie tych wszystkich negatywnych projekcji, którymi niektórzy ludzie w nienawiści wynikającej z ich nieświadomości i braku zrozumienia przesyłają Jaszczurom.



Jenny przy świętej Lipie (fot. Livia lub Jarek)

Intencje Jaszczurek były czyste: miały podzielić się swoimi darami i przekazać je istotom żyjącym na Ziemi. Są śniącymi i między innymi śnienia uczyli tych ludzi, którzy chcieli sobie przypomnieć, kim jesteśmy i po co tu jesteśmy. To one przyniosły ze sobą w darze także święte rośliny lecznicze [i chyba święte grzyby, ale tego dokładnie nie pamiętam] o kryształowej świadomości. Ich krew zasiliła energią Ziemię. Ich ciała zasiliły ciało Ziemi. Ziemia potrzebowała tej energii. To były jedne z wielu darów Jaszczurek dla zasiewu na Ziemi w ostatnim cyklu ziemskim opiewającym na… nie pamiętam dokładnie, ale chyba jakieś … 130 000 lat? 

Potem zaczęły przeze mnie przepływać dźwięki, które Lipa określiła jako dźwięki Serca – Słońca układu słonecznego, z którego pochodzą Jaszczurki. Gdy je wydawałam z siebie, były jak pulsacja o kilku zmiennych częstotliwościach. Słyszałam też (jakby w sobie albo tuż obok) głos, który mi wtóruje i harmonijnie współbrzmi…

Czułam ogromną wdzięczność za to SPOTKANIE i zaczęłam śpiewać pieśń z jednym słowem: dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję...

(...) Wyjęłam buteleczkę z wywarem z czakruny (jedno drzewo) i ajałaski (drugie drzewo) z południowo-amerykańskiej dżungli i pobłogosławiłam Lipę i duszę-ducha Jaszczury kroplami wywaru. Spotkały się w ten sposób i połączyły ze sobą duszo-duchy trzech drzew… Wówczas Lipa-Jaszczura powiedziała mi, że te święte rośliny, tak samo jak i święte grzyby rosnące na całej Ziemi, miały służyć ludziom do poszerzania świadomości, do uwalniania się z wzorców i ziaren, które przyniosły nam w darze. To tak, jakbyśmy dostali dwa sposoby doświadczania życia ziemskiego: ten, który utrzymywał nas w odcięciu od pamięci i podtrzymywał nasze indywidualne istnienia poprzez które doświadczaliśmy życia na Ziemi oraz ten, który poszerzał naszą świadomość i dawał przypomnienie połączenia z Całością… 



Teraz te dwa dary skojarzyły mi się z dwoma pigułkami z filmu Matrix: Neo miał do wyboru dwie pigułki. A w tym wypadku wygląda na to, że wzory i ziarna otrzymane od Jaszczurów i Krokodyli odpowiadają w pewnym sensie jednej pigułce, a święte rośliny drugiej. Spożycie obu naraz daje świadomość doświadczeń, które przeżywała ludzkość w okresie "ostatniego zasiewu".

Według kalendarza Majów, każdy cykl TZOLKIN zaczynał się w ostatnim czasie od tzw, Kina - znaku IMIX, IMOX - Krokodyl.


I według tego, co wiem, obecnie nastąpi/ła zmiana i każdy cykl TZOLKIN zaczyna się/będzie zaczynał się od tzw. Kinu - znaku IK, IQ - Koliber.






czwartek, 29 sierpnia 2013

ROZBIJANIE WZORCÓW POWAGI TRAGEDII I DRAMATÓW LUDZKICH



pamiętam pogrzeb dziadka… miałam wtedy ze 12. lat. Pożegnałam się z nim całując go z czułością w “martwą dłoń” i poczułam radość. Miałam odczucie, że jego niewidzialna dłoń duszy pogłaskła mnie po głowie na pożegnanie. Wiedziałam, że jego dusza jest tam, gdzie ma być. Obserwowałam dorosłych, którzy rozpaczali albo udawali rozpacz, ale udawali, że całują jego dłoń, ponieważ czuli obrzydzenie do tego martwego już ciała.

Potem, gdy wyruszył z domu kondukt pogrzebowy, w tym samym czasie dorośli powadzili różne rozmowy i plotkowali z wielką powagą, a niekiedy i ze złością na innych członków rodziny. A gdy po drodze zdarzały się jakieś sytuacje zabawne, musieli z jakichś powodów powstrzymywać śmiech, a nawet uśmiech… jeśli komuś się wymsknął, to taka osoba była natychmiast karcona albo czyimś wzrokiem albo czyjąś złośliwą uwagą “przywracającą” niesforne zachowania do “porządku”. To był jeden wielki sztucznie wykreowany spektakl tragedii…

Maria_st napisała:

No proszę...  Jakże mądrze rzekła 5.letnia Wiktoria…
Ale potem tracimy tę umiejętność… I zachowujemy się jak “niedojrzali” dorośli. “Niedojrzali”, bo ktoś nam wpakował jakieś dziwne przekonania (wzorce myślowe i zachowań), które nie pozwalają nam dojrzeć do mądrości, którą straciliśmy przez wychowujących nas innych “niedojrzałych” dorosłych , po-uczających, jak należy się zachowywać (np. bać śmierci). Buziaki dla Wiktorii.

I jeszcze druga sytuacja:

Byłam w teatrze na spektaklu. Znany AKTOR grał na scenie i mówił “wielki” (długi) monolog… stał oparty o spory miecz. Jego granie było z typu: jak wyobrażam sobie wielkiego człowieka z 17.wieku czyli mówił z wielkim patosem. Niektórzy o takiej grze aktorskiej mówią, że to “gra kubłami”. Gdy aktor zmieniał w pewny momencie pozycję, miecz (na którym aktor był oparty) lekko jakby zsunął się miedzy deski podłogi na scenie. I w tym momencie aktor stracił “stabilność” i zachwiał z powodu tego niespodziewanego ruchu miecza. Aktor wydawał się być lekko skonsternowany, ale postarał się nie pokazać tego po sobie i dalej z poważną miną wrócił do kontynuowania monologu. Dalej grał swoją rolę “kubłami”. A ja w tym momencie wybuchłam śmiechem rozbawiona całą tą sytuacją. Miałam odczucie, że to jakiś duszek stworzył taką możliwość, aby AKTOR “wypuścił trochę powietrza” ze swojego do granic nadętego balonu ego, aby nie było takie aż wrażliwe na byle podmuch wiatru  Ale AKTOR nie dostrzegł tego sygnału od DUCHA  I to jeszcze wzmocniło energię mojego śmiechu.

Tylu karcących spojrzeń wokół siebie i skierowanych na mnie nigdy wcześniej ani nigdy później nie czułam ani nie widziałam  Mimo to pozwoliłam sobie, aby mój śmiech spokojnie sobie wybrzmiał. 


niedziela, 25 sierpnia 2013

PYTANIE O POCZĄTEK I KONIEC



ŚNIENIE... Alan Watts "Sen życia":





cyt,:“Tylko brakuje mi nadal początku: skąd jak dlaczego i …."

Pytanie o początek? Kropla pyta: gdzie początek i koniec nieskończonego oceanu?… Znam taką odpowiedź: 

w każdej kropli… 

Nieskończony ocean nie zadaje sobie pytania o początek i koniec albowiem jego "zasadą istnienia" jest nieskończoność.

To ten Wielki Kosmiczny Żart, który zafundowałeś sam sobie – bezwzględnego początku nigdy nie było. Tylko względny. 

Są tylko różne rodzaje śmierci i narodzin, zaśnięć i przebudzeń. A Ty jesteś Istotą NIESKOŃCZONĄ. A nieskończoność jest trudna do objęcia. Umysłem jej nie obejmiemy. "Za kotarą" jesteś tylko :-) świadomy tego, że jesteś nieskończonością i nie musisz już wiedzieć na czym ona polega, bo jest niedefiniowalna – nie ma początku ani końca - to jedyne, co możemy o niej wiedzieć. Bo to właśnie jest Wielką Tajemnicą... 

Jesteś Wielką Tajemnicą  czyli czymś NIEPOZNAWALNYM. 

Nic nie musisz wiedzieć dla pustej wiedzy. Stajesz się TREŚCIĄ poza formami. Ale możesz sobie wyśnić jakąś wersję siebie w jakieś części nieskończoności. Kiedy znów zaśniesz… Stworzysz FORMĘ dla jakieś TREŚCI i zaczniesz doświadczać tej ograniczonej formą wersji siebie. Ale to zawsze będzie tylko iluzją, bo zapominasz wtedy o tym, że jesteś czymś NIEPOZNAWALNYM. 

Jesteśmy nieskończoną, niepoznawalną UNIWERSALNĄ ŚWIADOMOŚCIĄ... (to żeński przejaw Wszystkiego Co Jest ;-)).

Jesteśmy także jednocześnie czymś SKOŃCZONYM – UNIWERSALNYM UMYSŁEM i POZNAWALNYM w ramach swoich snów i marzeń… FORMĄ obdarzoną jakąś cząstką Uniwersalnej Świadomości. Dla umysłu musi istnieć jakiś początek i koniec, ponieważ jego "zasadą istnienia" jest FORMA, która wyznacza granice poznania (pamiętania siebie).

cyt.: “czy po przejściu za kotarę jest cień i czarne i białe czy tylko światło, a może nigdy nie było kotary tylko sen i sen i śnienie bez końca- czyli co ewolucja?"

Tak. nieustanna ewolucja (cząstek świadomości). Zmienność, płynność, niekiedy zatrzymanie na jakiś czas, które wiąże się na przykład albo z cierpieniem i śmiercią albo nudą… Potem kolejna zmiana. I znów następne narodziny… To może być przerażające zwłaszcza dla tych, którzy marzą o jakimś “końcu świata” lub o tym, że po śmierci albo (obchodząc jakoś śmierć) żywcem pójdą do NIEBA, do boga, do jakiejś Krainy Totalnej Szczęśliwości. Jeśli sobie taki sen wyśnią, to tak się stanie…

Skończyłam ze śnieniem wszelkich form walki, wojen... bogów i ich dzieci, doświadczeń i manipulacji kosmitów na ludziach i odwrotnie, wiecznych konfliktów na wszelkich możliwych poziomach... Ale wiem, że Ty możesz śnić inny sen albo być śnioną lub śnionym przez innych... A jednak, nawet wtedy, to nadal jest Twój sen, w którym całkowitą władzę nad sobą oddajesz komuś innemu. 

Nie, nie chodzi o przejmowanie czy odebranie innym tej władzy, lecz o uwolnienie się od jakiegokolwiek władania i kontroli. Z jednoczesną odpowiedzialnością za to, co robię i JESTEM.

A ci wszyscy "kosmici" i wszystkie o nich historie, to WSZYSTKO elementy Snu Naszej Planety, w którym uczestniczymy wszyscy żyjący na planecie Ziemia... Dopóki nie zaczniemy śnić swojego snu… albo dopóki się nie przebudzimy. 

Przecież nie wszyscy śnią o tych kosmicznych częściach siebie. A jak już śnią to traktują je/ich w tych snach różnie: jako przyjaciół albo wrogów, jako aniołów, mistrzów albo bogów… z przeszłości lub przyszłości albo swoich Przodków z Przyszłości. ;-) Umysł uwielbia te zabawy. 

Świat Magii jak i cała KREACJA – CAŁE STWORZENIE są fascynujące. Świat Magii zasadza się na życzeniach-marzeniach (ideach) i wszelkiego rodzaju wyobrażeniach, które podsuwa nam Uniwersalny Umysł -ów Absolut- "doskonały, najwyższy, pełny, całkowicie niezależny, nieuwarunkowany i (prawie) niczym nieograniczony…" - [cyt, z Wikiepedii :-)] hmm... (to męski przejaw Wszystkiego Co Jest ;-)). No i nie ma z nim nudy :-)

Jedno z moich “doświadczeń”:

I inne moje dawne doświadczenie powrotu do PRA-DOMU (Praźródła): http://tonalinagual-sny.blogspot.com/2009/12/powrot-do-pradomu.html




piątek, 23 sierpnia 2013

WOLNOŚĆ... hmm...


Czuję wolność mimo ograniczenia w formie, dlatego że forma przestała być jakimkolwiek ograniczeniem.

Błogosławię Pustkę,
Błogosławię Pełnię,
Wielką Tajemnicę
I wszystko,
I wszędzie…

I wszystkich i wszystko kocham. Taki sen piękny śnię sobie świadomie.
Prawdziwa Miłość wkracza w życie poprzez wewnętrzną przestrzeń, nie poprzez myśli. Nie jest też emocją. Jest dużo głębsza niż jakakolwiek emocja. Myśli już nie są najważniejsze w życiu. Już nie wiem, kim jestem, bo nie potrzebne mi są myśli, które by to opisywały i do których mogłabym przylgnąć. Nie interesują mnie definicje na temat, kim jestem. Po prostu JESTEM… po co definiować nieskończoność, która jest esencją?

Definicja siebie samej lub siebie samego stworzona przez myśli jest “pułapką”… elementem gry: wchodzę sobie na taką karuzelę i kręcę się, kręcę w kółko… mogę wymiotować, a potem znów się kręcę. Mogę na niej umrzeć i na niej się urodzić… W bardzo ograniczonej przestrzeni przekonań na swój własny temat i oczywiście na temat innych też. Potem mogę zejść z tej karuzeli i pójść przed siebie… albo w dowolnym kierunku. Polecieć, popłynąć…

Za pomocą swoich osądów pomniejszamy siebie i innych do… konceptów umysłowych. Osądzaniem i ocenianiem ograniczamy siebie i innych. Jesteśmy jak marionetki. Brak osądów otwiera przestrzeń, uwalnia nas. Wolność… hmm… A może jednak zawiesić się na tym, co widzę w innych? A inni to moje lustereczka... Jaką siebie w nich widzę? I czy chcę to zmienić w nich? Jakim prawem? Czy mam jednak coś zmienić w sobie?

Możemy widzieć świat oczami dziecka, które ma dostęp do wiedzy …

Gdy nie myślę, słowa wypływają z przestrzeni… Stan wewnętrznej przestrzeni, wewnętrznej ciszy, “nic”, kiedy świadomość nie jest wypełniona i zatkana formami (myślowymi). Wszystko, co wtedy robię jest działaniem w Połączeniu, w harmonii i Miłości. Obserwuję i jestem. I robię to, co mam do zrobienia. Po prostu. Ta Miłość nie ma żadnej formy. Żyję jakby w dwóch częściach: bez fomy i formy, duchowym i materialnym, jestem jak brama wymiarów dla bez-formy i formy, która się przejawia, brama łącząca te dwa światy. Cały świat jest odbiciem mojego stanu świadomości.

Nie zastanawiam się: Jak mogę zmienić świat? Po co? Jest. Połączyłam się z tym, co nie posiada formy, co jest naszą wewnętrzną przestrzenią świadomości, która jest nieskończona. Nasza wola łączy się wtedy z wolą Całości. Wtedy też pojawią się… myśli, działania… z pustej przestrzeni bez formy i tu się przejawią… Zmiany zachodzą. Zmienność to podstawowa zasada kosmiczna.

Poszerzanie świadomości… na razie zaprowadziło mój umysł do kolejnego odkrycia, które przeczytałam oglądając film pt. "Wielki Kosmiczny Żart": 

"Źródło bawi się w granicach stworzonych przez siebie ograniczeń”. 

Myśli, koncepty, przekonania, emocje oceny, oczekiwania wyznaczają te granice. A przecież Jestem nieskończonym Źródłem bawiącym się swoim snem. Ja JESTEM… MA-JA coś co ma ja. Nie mam nic, jakieś “coś” jakby “nic” MA tylko jakieś “bliżej nieokreślone” JA...

A jednak słowa potrzebne mi, by próbować uchwycić w nie coś, co nieuchwytne. Bym mogła się z Tobą jakąś cząsteczką przejawu całości podzielić. Tak po prostu, bez żadnych oczekiwań…

Nie rozumiejąc innych nie rozumiemy siebie samych… I nie rozumiejąc siebie nie rozumiemy innych.
 Najwięcej potworów zagnieździło się w nas samych. W naszej tak zwanej podświadomości (nieświadomości) ukrytej przed naszą świadomością.

A te nasze piękne historie i opowieści naszych umysłów o naszych doświadczeniach, odkryciach, przemyśleniach i przejawach... cząstek Uniwersalnego Umysłu, to tylko historie.

Każdy z nas bardzo pięknie GRA i opowiada historie. Szanuję i kocham każdą istotę ludzką i wszystkie ISTOTY... takie, jakimi są. I dziękuję im za to. Trala lala... pitu pitu. ;-D

I Tobie też dziękuję, że jesteś jaki lub jaka jesteś i pięknie JESTEŚ i GRASZ swoją rolę. Być może czasem wydaje Ci się, że z jakiegoś powodu GRASZ “lepiej” niż JA.  To tylko iluzja... ha, ha ha... :-D

A potem nagle czuję jakąś trudność. 


Myślałam dziś o tym, jak trudno utrzymać świadomość i dotarło do mnie, że to “moja tożsamość” (zwana także ego) tak się ostatnio poluzowała, że nie wiem, czego się “trzymać”. Ciekawy stan. Niby jestem świadoma swojej “obecności”, ale nie mam pojęcia, kim JESTEM. 

Jestem tyloma czymś, że nie wiem, czym jestem. nie mogę uchwycić siebie samej ;-D Niby rozumiem i jestem świadoma zmienności stanów świadomości, a jednak czasem odnoszę wrażenie, że “utknęłam”, chociaż z drugiej strony wiem, że muszę poczuć jeszcze większe poluzowanie i coś w rodzaju chwilowego chaosu [pozwolić na rozsypanie się?], bo z niego może wyłonić się coś nowego. 

Podążam za tym, co się przejawia, ale nie wiem, co zrobić, kiedy spotykam ludzi i widzę, jak na przykład sami siebie okłamują i idą w zaparte, jak pracuje ich umysł i zakręca ich w różne pułapki… Jak oceniają, jak oczekują od innych wysłuchania, zrozumienia, ale nie są w stanie sami siebie słuchać… jak “atakują” z tego powodu innych dokonując na innych przeniesienia…, jak się męczą walcząc z wiatrakami… i próbują manipulować innymi. A ja nic nie mogę zrobić… Tylko być w taki sposób, jak czuję… hmm… 

Uczę się albo przypominam sobie być po prostu w takich sytuacjach… Momentami jeszcze chciałabym uciec do jaskini, chociaż wiem, że to byłaby ucieczka przed czymś, co mam jeszcze rozpoznać i uwolnić w sobie. A może powinnam na jakiś czas udać się do jaskini? Tak, czuję, że trzeba będzie się nad tym zastanowić. Coś się zmienia, mocno zmienia we mnie i na świecie ;-D

Przyglądam się temu. Ale przyznaję, że z jakichś powodów trudno mi jeszcze to przyjąć bez odczuwania pewnych zaburzeń w moim polu energetycznym. Mam takie momenty, kiedy coś ze mnie wypływa poprzez dźwięk, czasem pieśń albo dziki krzyk i zaczynam się zachowywać dosyć “niekonwencjonalnie”. Wtedy mi słowo heyoka *) przychodzi na myśl.


Owszem, pojawiają się w moim życiu też osoby, które przychodzą i proszą mnie o pomoc. Wtedy robię to, co mam do zrobienia. I wtedy zdarzają się często momenty czegoś jak “katarsis”. Niesamowite, bo mam odczucie, że te osoby pojawiają się z jakimś wzorcem do uwolnienia po to, bym ja także świadomie przyjęła te aspekty siebie w innych (i innych w sobie). Tak po prostu. 

Dużo trudniej jest mi przyjmować ludzi takimi, jacy są z ich agresją i bólem wynikającym z nieświadomości prowadzenia niekończącej się wewnętrznej wojny… ze wszystkim i wszystkimi. A do tego nie odczuwają potrzeby dokonania zmian w sobie. Hmm... Coś jeszcze potrzebuję w sobie samej dostrzec i uwolnić? Chodzi o osoby, które są usatysfakcjonowane jedynie wtedy, gdy inni spełniają ich oczekiwania. Na poziomie świata Magii tak właśnie działamy – mamy oczekiwania (życzenia) i największym pragnieniem jest ich spełnienie… Jednak ciekawe jest, że gdy jedne oczekiwania zostają spełnione, pojawiają się natychmiast następne i kolejne… I w rezultacie nic się nie zmienia. Spełnianie życzeń/oczekiwań może być atrakcyjne, ale na dłuższą metę staje męczące. A niespełnienie życzeń/oczekiwań doprowadza ludzi do frustracji i cierpienia. Ale ileż można tak spełniać i spełniać...w nieskończoność? ;-D Tu nie widzę już alternatywy, co jest “lepsze”: spełnianie czy nie spełnianie czyichś oczekiwań. Ani jedno ani drugie. Jakoś nie czuję już... Jakie jest “wyjście”? Masz jakąś radę? 

Obecnie dla mnie na razie “wyjściem” jest podążanie za tym, co się zadziewa w uważności i byciu “przy sobie w sobie”, ale nadal to dla mnie jeszcze “lekcja”. 

Mogę się zachowywać dziwnie... Informuję was ;-)
Czekam cierpliwie, co następnego się przede mną odkryje… A czuję, że znów znalazłam się w takim “miejscu”, z którego coś za chwilę się wyłoni z tego chaosu… Niech się wyłoni.

*) Heyoka to błazen, święty klaun. Duch Heyoka mówi, wykonuje działania i reaguje w całkiem inny sposób niż wszyscy ludzie wokół niego. Ludzie raczej nie przepadają za takim duchem i nie chcą go spotykać, bo on zazwyczaj pojawia się wtedy, gdy chce coś zabrać innym np. coś z ich wybujałych przekonań na swój własny temat lub spowodować jakiś "twórczy" chaos. 

Przeczytałam gdzieś, że: "Ludzie Lakota nauczyli się szanować heyokę. Wiedzą, że lepiej zostawić heyokę w spokoju i unikać go/jej". Czy to szacunek czy sposób na unikanie? A heyoka niby się wygłupia zadając trudne pytania i mówi niby bełkocząc trudne rzeczy, których inni baliby się wypowiedzieć. Heyoka używają ekstremalnych zachowań. Wywołują śmiech w niepokojących sytuacjach rozpaczy i prowokują strach i chaos, gdy ludzie czują się zbyt ważni albo  zbyt dumni, albo zbyt poważni albo zbyt zadufani... i wierzą, że są silniejsi, lepsi, mądrzejsi niż są. 

Heyoka czasem łamią różne tabu, zasady, przepisy, normy społeczne, lub granice. Paradoksalnie jednak, poprzez naruszenie tych norm i tabu przyczyniają się do określenia na nowo wcześniej przyjętych granic, zasad oraz społecznych zachowań etycznych i moralnych.

W mitologii Lakota Heyoka jest również duchem grzmotów i błyskawic. Mówi się, że wykorzystuje wiatr, którym jak laską bije w bęben gromu. Śmiechem burzy sytuacje emocjonalnych napięć i śmieje się, kiedy jest smutny, a płacze, gdy jest szczęśliwy; zimno sprawia, że ​​się poci, a ciepło sprawia, że ​​zaczyna drżeć. W sztuce jest on przedstawiany jako mający dwa rogi, co znaczy, że jest duchem polowania. Poluje na kłamstwa iluzji. 

Heyoka są uzdrowicielami i mają wiele funkcji,  ale główną jest uzdrawianie i przebudzanie ludzi do głębszego rozumienia znaczenia ukrytej prawdy. Oni także przygotowują ludzi do nadejścia nieuniknionej katastrofy. Te duchy często robią rzeczy "na wspak" zachowując się niekonwencjonalnie: na koniu jeżdżą tyłem do głowy konia, noszą na sobie dziwaczne ubrania albo założone na lewą stronę lub mówią w dziwnym języku "niby od tyłu". Te ich dziwaczne zachowania zapobiegają kostnieniu zasad, norm i struktur społecznych. Mają wnosić społeczną równowagę i harmonię pomiędzy indywidualnymi potrzebami wszystkich członków danej społeczności. 

Ich zadaniem jest przenikać oszustwa naszych ego, iluzję ocen i oczekiwań wobec innych, "drążyć w skałach" i poszerzać świadomość wszystkich członków danej społeczności na ile tylko to możliwe. 

Jurodivyje w Rosji...


cyt.: "Jurodiwy (ros. юродивый, gr. môros, syr. ţđîäčâűé), także saloita – święty, szaleniec Chrystusowy. Jeden ze wzorów świętości dawnej Rosji (obok strastoterpców, starców i pielgrzymów). Staroruski termin pochodzi od słowa уродь, czyli "wybryk". Trochę taki Cudaczek. ;-)


Korzenie tej postawy można odleźć już u proroków Starego Testamentu.

Pan Bóg nakazał:
- Izajaszowi chodzić nago i boso, (por. Iz 20,3)
- Jeremiaszowi sporządzić więzy oraz jarzmo nałożyć na szyję i w ten sposób prorokować (por. Jr 27,2)
- Ozeaszowi przykazał pojąć za żonę nierządnicę, pokochać ją i mieć z nią dzieci (por. Oz 1,2)
- Ezechielowi spakować się w nocy, zrobić dziurę w murze miasta i uciec jak zesłaniec (Ez 12,3-7)

Jezus według Ewangelii tak był zaangażowany w głoszenie swojej nauki, że ludzie myśleli, iż "odszedł od zmysłów". (Mk 3, 20-21)



W różnych kulturach szaleńcy byli pogardzani, ale również uważani za tych, którzy mieli kontakt z innym światem. (...)

żyli w ubóstwie, spali na śmietnikach lub psich posłaniach, poniżali się; obcy, nieznani, nieuchwytni, nieobliczalni, cudzoziemcy (przybywają z "zachodu", "krajów łacińskich", "Niemiec") nie dbali o wygląd, rozczochrani, pojawiali się nago nawet w świątyniach (znak umartwienia, przejrzystości-czystości duszy), z łańcuchem na szyi, wybałuszając oczy, tocząc pianę z ust, wymiotując, często milczeli ("niemota" pośród "Słowian"), lub przeciwnie, krzyczeli (bełkotali, mamrotali, bluźnili, znieważali, zadawali zagadki, powtarzali dokładnie to, co ludzie do nich mówili – echolalia), czynili cuda (przewidywali przyszłość, chodzili po wodzie, uzdrawiali)...

Można powiedzieć, że zamiast uciekać na pustynię lub do celi klasztornej powracali oni z osamotnienia by służyć ludziom poprzez zrywanie masek, wyśmiewanie pozoranctwa, rytualizmów i próżności.

By wstrząsnąć, poprzez demaskowanie iluzorycznej „mądrości ludzkiej”."

Były wśród nich kobiety. Na przykład Ksenia z Petersburga, o której mówili: błogosławiona... 

cyt.: "(cs. Błażennaja Ksienia Pieterburgskaja) – święta Kościoła prawosławnego (Rosyjski Kościół Prawosławny). Śmierć męża mocno wpłynęła na młodą kobietę. Zapomniała jakby o ziemskich rzeczach i dla ludzi wydawała się być pozbawioną rozumu. Ksenia wybrała drogę szaleńca Bożego. Wszystko co miała rozdała biednym, przebrała się w ubranie męża i zaczęła udowadniać ludziom, że zmarł nie on lecz jego żona – Ksenia Grigoriewna. Chodząc po ulicach Petersburga często była wyszydzana i poniżana. Po pewnym czasie mieszkańcy miasta przyzwyczaili się do jej obecności i wyglądu, a nawet zaczęli przynosić jej ciepłe ubranie i pieniądze. Ta jednak przyjmowała tylko najdrobniejsze datki, które natychmiast rozdawała biednym. Nie mając stałego miejsca zamieszkania, sypiała na polu za miastem, gdzie widywano ją jak na kolanach modlącą się lub robiącą pokłony do ziemi na cztery strony świata.
Święta dostąpiła daru przepowiadania przyszłości. Przewidziała m.in. datę śmierci księżnej Elżbiety Pietrownej."

Ot, takie to historyjki o dziwnych świętych ;-D 


środa, 21 sierpnia 2013

ŚNIĄCA ISTOTA i PRZEBUDZENIE :-D


1. WISZNU

Śniący swoje kolejne ŚWIATY I AWATARY czyli wcielenia:


Wisznu jest Bóstwem wszechobejmującym (zawierającym wszystko).

Stojący na Wężu *) Szesza


Tu mam zaskakujące mnie samą skojarzenie: Wisznu   wygląda trochę jak DYM płynący z FAJKI **) ... I ten DYM ma wyrazistą  formę i treść. A imię węża Szesza kojarzy mi się z nazwą fajki arabskiej - Szisza...

Podwójna Istota Wisznu i Lakszmi:


Wisznu w wielu wcieleniach (Awatarach). Czy to może być symbol nieskończoności wcieleń w różnych formach, o różnych treściach między innymi kobiecych, męskich i podwójnych?


Świątynia Wisznu

Ta świątynia ewidentnie kojarzy mi się z innymi piramidami na Ziemi, w tym również "majańskimi" :-)

Z kolei ten wizerunek bardziej kobiecej formy Wisznu i jego awatarów:

wiązanie czerwonego sznura na szacie przypomina swoim kształtem pająka. Pająka zakładającego sieć powiązań... różnych form i treści w wielu różnorodnych światach i czasoprzestrzeniach...

Inne przedstawienie Wisznu jako unoszony na falach Kosmicznego Oceanu... (niemalże jak WENUS powstająca z piany Kosmicznego Oceanu) z Galaktyką w jednej dłoni i konchą w drugiej oraz buławą i kwiatem lotosu w dwóch pozostałych:



Oraz wersja, która z pewnych względów jest mi bliska - Wisznu na Orle, a może raczej... Orlicy Świadomości trzymająca Węża Umysłu:



2. TOLTEKOWIE
Mistrzowie Śnienia i MIŁOŚCI...


3. ŚNIĄCA BOGINI
z Malty


"Najbardziej spektakularny pomnikiem na Malcie jest ogromny, podziemny labirynt znany jako sanktuarium Hypogeum." Model labiryntu o trzech poziomach:



Fragmenty wnętrza:



http://www.mostlyfood.co.uk/Feature%20malta.htm

Wzory na suficie:




cyt.: „Hypogeum Ħal-Saflieni – podziemna budowla z około 2500 roku p.n.e. znajdująca się w miejscowości Paola na Malcie.

Dokładne przeznaczenie hypogeum pozostaje do dziś nieznane. Początkowo prawdopodobnie pełniło funkcję sanktuarium, później zaś podziemnej nekropolii.”[???]


cyt.:”Ma powierzchnię ponad 6000 metrów kwadratowych, trzy poziomy monolitu mogło być świętym centrum wyspy dawno temu.


Główna Komnata jest całkowicie wykutym w skale pomieszczeniem na planie koła. ”


Obecnie przypuszcza się, że w czworobocznej niszy tej komnaty kapłani interpretowali sny. hm…


„Wiele form zachowanych w hypogeum przypomina naziemne świątynie neolityczne. Znajdują się tam menhiry, nisze trylityczne, kręgi kamienne (..)”


Te niesamowite labirynty o specyficznej strukturze wydają się być świątynią i… centrum „uzdrawiania” albo „śnienia”. Według niektórych były one także grobowcami. Ale być może jednak świątynią - domem „śniących”, co uprawiali swoistą „jogę śnienia”? :-)


„Główny korytarz prowadzi do okrągłego pomieszczenia, w którym zostały znalezione na podłodze dwie identyczne małe rzeźby – figury przedstawiające śpiącą kobietę.” Śniąca kobieta leży na na niskim łożu, jej głowa opiera się na prawej ręce. Poważnie, ta pozycja jest taka sama, jaką przyjmują jogini praktykujący tybetańską jogę śnienia:



Śniąca kobieta leży na na niskim łożu, jej głowa opiera się na prawej ręce. Kreski na jej spódnicy są interpretowane jako liczba kolejnych ceremonii inkubacji... snów a może... snów, które śni świadomie... śnionych jednocześnie 13. "wcieleń" - ["awatarów"?].

cyt.:”Ze środkowego poziomu schody prowadzą na poziom dolny. Nie znaleziono na nim szczątków ludzkich (…)” - Czyli to jednak nie był grobowiec.


Wiele tajemnic nadal nie odkrytych czeka na „odkrywców” :-D


Ciekawostka o religii Etrusków:


– „Corocznie zbierano się wokół świątyni bogini Voltumny.”

a w innym miejscu czytam:
– „Voltumna – etruski bóg ziemi, był najwyższym bóstwem w tamtejszej mitologii.”

Kultura Etrusków jest rzeczywiście fascynująca.

„Etruskowie wybudowali niezwykłe „Miasta Umarłych”.
„Cmentarze wznoszono na wzór miast (groby przypominały swoim wyglądem domy) lecz z… kamienia.” To te – ponoć "groby":

https://i0.wp.com/www.czejarek.pl/podroze/images/pdr0022.jpg



Ale ja wcale tego tak nie czuję. To były domy, a nie grobowce. Domy do medytacji. Jak ziemianki...



cyt. "Miasto umarłych w Tarquinie, to chyba najbardziej znana na świecie etruska nekropolia. Podobnie jak w Cerveteri duże obszary są nadal niedostępne. Wykopaliska rozpoczęto w 1489 roku i były to pierwsze wykopaliska archeologiczne odnotowane przez historię. Do tej pory odkryto około 6000 grobów.”

4. ŚNIĄCA PEŁNA ISTOTA - BUDDA występuje w męskich i żeńskich formach jako TARA.



Historie naszego życia mogą poprzez rozpoznania i uwolnienie doprowadzać nas krok po kroku do coraz głębszej (poszerzonej) świadomości. Możemy wówczas pozostawać w stanie świadomym nawet podczas snu. Nie chodzi tu o próby kontrolowania czy powstrzymania działania marzeń, ale do przeglądu podstawowych procesów tworzenia obrazów. W literaturze buddyjskiej jest opowieść, w której Milarepa opowiada, jak medytował przez osiem lat w odosobnieniu w jaskini. Przez te lata  był w stanie pozostać świadomym we śnie i marzeniach sennych: 

"W nocy w moich snach mogłem przechodzić na szczyt Meru i widziałem wszystko wyraźnie, jak bym tam był. Podobnie w moich snach mogłem mnożyć się na setki osobistości, wszystkie posiadające takie same uprawnienia jak ja. Każda z moich pomnożonych form mogą przemierzać przestrzeń i iść do jakiegoś nieba Buddy, słuchać tam nauk, a następnie wrócić i uczyć Dharmy innych. Mogę również przekształcić moje fizyczne ciało w masę płonącego ognia i w rwącą  albo spokojną wodę płynącą w przestrzeni." 

Milarepa widząc, że uzyskał nieskończone fenomenalne moce w swoich snach czyli świadomym śnieniu, był pełen radości i otuchy.

5. MAKOSZ/MOKOSZ - słowiańska bogini nie jest niby śniąca, ale...

trzyma w dłoniach: róg (obfitości) i dzban - misę...  i ma na powyższym obrazku CZTERY RĘCE... Hmm... Nie trzyma co prawda Galaktyki, konchy czy buławy i kwiatu lotosu jak Wisznu, jednak jest kimś w rodzaju "tkającej".... Iluzję, SEN? I jednocześnie boginią, która powraca... ŚWIADOMOŚCIĄ... która budzi ze snu?

Mokosz, Makosz, Makosza czy to przypadek, że istnieje słowo...
moksza...

cyt.:"Moksza (dewanagari मोक्ष ) – w hinduizmie, jodze i dźinizmie - ostateczne wyjście poza krąg samsary i tym samym zaprzestanie przyjmowania kolejnych wcieleń po śmierci (reinkarnacji). Jest to doświadczenie za życia, jakie towarzyszy całkowitemu rozpadowi identyfikacji z ego. W tym sensie moksza może być rozumiana jako stan jedności z Bogiem.
(...)
Najczęściej wskazywanym znaczeniem sanskryckiego słowa moksza jest wyzwolenie. Paramahansa Pradźnanananda naucza, iż termin moksza wywieść można od moha kszaja - złożenia dwóch słów:
moha
ksza
Otrzymana tą drogą definicja mokszy to: eliminacja złudzeń, iluzji i błędów. W filozofii hinduistycznej moksza rozumiana jest jako wyzwolenie od iluzji (maja) wywołanej pełną identyfikacją umysłu z myślami oraz percepcjami zmysłowymi, uwięzionymi w świecie form: energii, materii, czasu, przestrzeni oraz zależności przyczynowo-skutkowych (karma), które ograniczają doświadczenie własnej, prawdziwej natury - czystej świadomości, która nie ma żadnej formy."

No, ale abyśmy mogli to zrozumieć, czysta świadomość jest przedstawiana za pomocą różnych symboli :-D

2. cyt. "jej rola jako mokszy (...) wypływa z tego, że To Pani PLECENIA BAJI, Piatnica, a więc ona plecie
 prawdę i tylko prawdę – czyli leczy z mayi."  Czesław Białczyński

Czy Makosza zatem leczy czy plecie? A może jedno i drugie? Jak Parki: jedna przędzie, druga tka, a trzecia przecina nic żywota? Czwarta - z tego, co sobie przypomniałam - PRUJE węzły i supełki, bo to inna forma rozplątania nici żywota poprzez zrozumienie utkanych wzorów. A te trzy/cztery Parki  (jak cztery ręce Mokosz na rysunku powyżej) w jednej... MOKOSZY i stąd... MOKSZA jako ta, która "leczy z mai...

Baja:
https://bialczynski.files.wordpress.com/2011/12/w-kric5bcanowski-77482489_large_dolyasrecha.jpg


https://bialczynski.files.wordpress.com/2011/12/w-kric5bcanowski-77482489_large_dolyasrecha.jpg

ze strony: https://bialczynski.wordpress.com/krolestwo-sis-i-jego-cuda/sztuka-krolestwa-sis/rosyjska-wizja-slowianskiej-baji-czesc-5/


Cóż jest prawdą jako rzeczywistością, a co mają czyli iluzją, snem? Czy wszystko, co istnieje?
Jaka jest różnica między wykonywaniem swoich działań - funkcji zgodnie z planem Całości - realizacją zamierzeń a manipulowaniem innymi - stwarzaniem iluzji? 

Na przykład wypełniam jakieś działania, a w planie kosmicznym przychodzi czas na zmianę "miejsca" i zmianę "funkcji" czy zadań, jakie mam do spełnienia. Jednakże jestem tak przywiązana do "swoich" przekonań i tak mocno utożsamiam się z wykonywaną "funkcją", że nie chcę się poddać zachodzącym zmianom. To ego mi na to nie pozwala. Ego jako przywiązanie do wzorców myślowych, działań i przekonań. Ego chce powtarzać to, co umie, to, co jest mu znane... na przykład nawet, jeśli cierpi, woli cierpienie niż coś nowego, innego, co jest mu NIEZNANE.


Więc potrzeba kontrolowania i manipulacji wynika z konieczności utrzymywania się tożsamości (pomimo naturalnie zachodzących zmian w danej czasoprzestrzeni), co daje złudne poczucie kontroli nad sytuacją, panowania nad sytuacją, (a nawet poczucie władzy nad innymi w celu odnoszenia jakichkolwiek osobistych korzyści kosztem innych). Potrzeba manipulacji wynika z niezgody na naturalne procesy zmian zachodzących w CAŁYM organizmie i jest rodzajem walki o sztuczne czyli niezgodne z naturą Całości utrzymanie swojej "stałej" pozycji - tożsamości - ego.  Tak tworzy się ILUZJA - śnienie nieświadome. A śnienie świadome, czy jest także iluzją?
Można oczywiście mieć wiedzę i nie być z nią aż tak bardzo utożsamionym :-D
 Można również być wolną/wolnym od wiedzy, a poprzez poszerzoną świadomość mieć zawsze dostęp do wiedzy, która jest potrzebna dla działań w TU i TERAZ. Tę wiedzę niektórzy nazywają Milczącą Wiedzą.
Logika jest podporządkowana wzorom myślenia i działania, które mogą wypływać właśnie z manipulacji zakrojonych na szeroką skalę...  czyli "prawom i zasadom działania", których zostaliśmy "nauczeni" na przykład w procesie wychowywania. Poddaliśmy się snom innych. A w ten sposób nasze naturalne predyspozycje do spełniania naturalnych funkcji czy działań, które mielibyśmy do spełnienia, zostały zaburzone do tego stopnia, że nasze organizmy zaczynają na przykład "chorować" i muszą być "leczone". I w tym przypadku mogą być "leczone" np. chemią albo... innymi sposobami - bardziej zgodnymi z naturą i wtedy nie niszczącymi narządów organizmu, a uzdrawiającymi także ciało. Wybór sposobu leczenia zależy od: 
1. świadomości, intuicji, która jest naszym pomostem łączącym naszą świadomość z Całością, Źródłem i naturalnymi PRAWAMI  
2. wzorców myślowych i działania, z jakimi się utożsamiamy (ego). Im mniejsze ego tym głębsze, czystsze połączenie ze Źródłem. 
________________________________________________________

Dodane 21.02.2014
o tym, jak ważne jest śnienie w dzogdzen:
http://www.seremet.org/dzogczen02.html
cyt.: "W momencie śmierci docieracie do granicy między samsarą, a nirwaną, czyli do stanu pośredniego - słynnego bardo. Pojedyncza esencja jest waszym paszportem do nirwany. Bez tego paszportu nie można opuścić samsary. Jeśli ktoś nigdy nie doświadczył wizji przejrzystego światła podczas snu, będzie mu bardzo trudno przedostać się z samsary do bardo. Jeżeli ktoś potrafi połączyć się z przejrzystym światłem snu, będzie umiał połączyć się z przejrzystym światłem śmierci. Wszystkie istoty, które osiągnęły oświecenie i stały się Buddami, przekroczyły tę granicę i połączyły się z przejrzystym światłem. My także dzięki ogromnej determinacji i radosnej pracy mamy tę możliwość."


http://2.bp.blogspot.com/-cIsptKCE3Yk/U2gyEjAZI5I/AAAAAAAADdg/Tux8q0SC5-g/s1600/china+PM.jpg
________________________________________________________

P.S. 

BOGINI JUŻ POWRÓCIŁA W WIELU WCIELENIACH :-D



=========================================

O WISZNU
cyt. "Dzień dobiegał końca. Bardzo długi dzień. Pan Wisznu ocknął się z drzemki i rozejrzał. Chociaż właściwie nie musiał się rozglądać. Po prostu zobaczył natychmiast panoramę otaczającej go przestrzeni. Co więcej, doświadczył jej. Był tym jedenastowymiarowym, nieskończonym i niemal niezniszczalnym kontinuum. Ta chwila była pełna ekstazy, ale też bólu, jak obserwowanie gojącej się rany. Wymiary materialnego świata niosły ze sobą cierpienie, ale ogrom wszechbytu był też niewyczerpalnym źródłem przyjemności.

Wisznu zredukował liczbę wymiarów do pięciu i zmaterializował swój pałac, który czasami nazywał się Wajkunthą a czasami nie miał żadnej nazwy, ponieważ żadna nazwa nie była w stanie oddać jego ogromu, bogactwa i wspaniałości. Sam przyjął postać białego świetlnego obłoku i przefrunął w stu ośmiu kierunkach jednocześnie, szybując wzdłuż niekończących się korytarzy mijając niewyobrażalną ilość komnat lśniących od zdobień i szlachetnych substancji, wypełnionych myślącymi roślinami, oświeconymi zwierzętami i wyzwolonymi duszami wyznawców. Wisznu zastanawiał się czasem, co dzieje się, gdy zasypia. Czy wszystko to ginęło i rozpływało się w niebycie? Czy zastygało jak wielowymiarowa fotografia, po to, by ożyć, gdy tego znów zapragnął? Nie wiedział, a raczej nie chciał tego wiedzieć. Gdyby tylko autentyczne pragnienie pojawiło się w jego świadomości, natychmiast przyszłaby też odpowiedź."